Jarosław Kołakowski

Jarosław Kołakowski


Menedżer uważany za najskuteczniejszego na polskim rynku. Poznaj inny punkt widzenia.

Menedżerowie poważni inaczej
Tagi: , , ,
(05 grudnia 2008 21:37)
Też mógłbym dla odmiany snuć historie, że Polacy jedzą kurczaki w samolotach albo o tym, ile działających czołgów ma nasz kraj, ale te tematy zostawiam początkującym menedżerom, którzy nie mają zbyt wiele do powiedzenia na temat piłki. Skupię się więc na dalszym przybliżaniu pracy agenta piłkarskiego. Dzisiaj opiszę, jacy ludzie próbują w tej branży zrobić karierę.

Niedawno rozpocząłem wątek afrykański. Przypomniał mi się ostatnio biznesmen z Afryki, który próbował robić w naszej piłce interesy. Wprawdzie zdradzało go trochę to, że miał tylko jeden garnitur oraz fakt, że nie zawsze miał gdzie spać (władował się kiedyś Bartkowi Tarachulskiemu do mieszkania o czwartej nad ranem, z prośbą o przenocowanie), ale sam egzotyczny w naszych warunkach kolor skóry pozwalał mu nabierać różne osoby. Ba, w Bełchatowie nawet robiono sobie z nim zdjęcia.

W każdym razie ów „biznesmen” obiecywał bardzo dużo, powoływał się na kontakty w zachodnich klubach, organizował testy dla naszych zawodników. I ciągle potrzebował jakichś pieniędzy na ruchy. Tam tysiąc euro, tam pięćset. A potem okazało się, że od początku do końca konfabulował, a wszystko było podrobione.

To dość częste zachowanie, chociaż różne są metody. Działa na naszym rynku człowiek, który uchodzi za poważnego menedżera, promuje się go w mediach, ma nawet swojego zawodnika w reprezentacji Polski. A działa to tak – przyjeżdża facet z Niemiec, ma obcy paszport, inny akcent, więc piłkarz myśli sobie: - Po co mam wiązać się z jakimś polskim menedżerem, skoro mogę z Niemcem, a tam Bayern, Schalke, Borussia... I nikt nie bierze pod uwagę, że on w Niemczech jest muzykiem w orkiestrze. W końcu obiecał transfer, przecież by nie skłamał?

Bez dwóch zdań – cudzoziemiec potrafi zawrócić w głowie nie tylko kobietom, ale też piłkarzom. Kolejny przyjechał do nas z Włoch. Wiadomo, we Włoszech jest menedżerów 700, trudno się na stadion dostać, a co dopiero podpisać umowę z piłkarzem. Można więc przyjechać do Polski i mamić Milanem czy Interem. Ale oczywiście zanim będzie Milan (bo będzie, tylko później), najpierw trzeba przejść do drugiej ligi, tam się chwilę ograć. I potem szast, prast, na pewno ktoś z San Siro przyjedzie. Na pewno. W zasadzie on już jedzie...

Kiedyś ten człowiek – nazwijmy go panem Canaletto – zorganizował propozycję – na piśmie – dla jednego z moich piłkarzy. Niby oferta konkretna, do końca okna transferowego trzy dni, tylko... nie można się do nikogo z klubu dodzwonić, żeby to potwierdzić. Jednego dnia prezes na procesji, drugiego na pogrzebie, trzeciego na spacerze. Czas gonił – musiałem kupić bilety dla tego zawodnika i do Włoch (na wszelki wypadek, gdyby wszystko nie okazało się bzdurą), i do Portugalii. Oczywiście ostatecznie polecieliśmy do Portugalii, gdzie podpisaliśmy kontrakt.

Ów Włoch ostatnio polskim klubom proponuje wyjątkowe rozwiązania – żeby wypożyczać do Serie B piłkarza, on się tam będzie promował. Włosi mogą go odkupić, ale... może też on wrócić do Polski w każdej chwili, jeśli polski klub wpłaci 300 tysięcy euro. Niedorzeczne? W kontekście reprezentanta i drugiej ligi na pewno. Włoski menedżer określa to jako "riscato".

Co ciekawe, Canaletto miał też swojego pomagiera – dajmy na to, Frederico. I lał go regularnie. Korek, nie dojedziemy na mecz – i łup go! Piłkarz nie odbiera telefonu – bach w twarz. Kabaret, choć nie dla Frederico.

Napiszę więc dosadnie – polska, jako dość młody rynek w sensie transferów piłkarskich, stał się rynkiem dla różnych przybłędów. Nie mogą się przebić u siebie, próbują u nas. Niczym nie ryzykują, bo zawsze mogą się przenieść do kolejnego kraju. To ich różni od polskich menedżerów, którzy pracują na własną reputację, tak w tym zawodzie niezbędną. Polak nie może pozwalać sobie na idiotyczne, niepoważne propozycje, dziwne zachowania – bo opinia pójdzie w świat. Chociaż oczywiście są i Polacy, którzy mają skłonność do opowiadania bajek – w Polonii Bytom niedawno sądzili, że naprawdę sprzedadzą Michała Zielińskiego do AEK Ateny za 1,5 miliona euro.

Szanujący się menedżer nie sypie ofertami z księżyca. Ale w każdym zawodzie są ludzie poważni i mniej poważni. W tym momencie przypomina mi się też historia o polskim agencie (później kształtował politykę transferową jednego z klubów ekstraklasy), który zabrał kilku piłkarzy ocierających się o reprezentację Polski na testy do francuskiego klubu. 1500 kilometrów samochodem, w połowie trasy stwierdził: - Teraz wasza kolej, żeby płacić za benzynę... Dojechali na miejsce dwie godziny przed testami, na zgiętych kolanach. Oczywiście po 20 minutach mogli się udać w drogę powrotną (za którą też zapłacili).

Czyli – podróże kształcą. Także w tym sensie, który menedżer jest poważny.

32 komentarze - dodaj komentarz

Futbol i... rajd Paryż-Dakar
Tagi: , , , ,
(12 listopada 2008 19:10)
Z boku wydaje się, że zawód menedżera to jest taka prosta sprawa. Siedzisz sobie, czekasz aż twój piłkarz zostanie światową gwiazdą, czekasz aż zadzwoni Chelsea i już – wszyscy są bogaci. Niekiedy zgłaszają się różni ludzie, którzy mają pomysł, jak osiągnąć w tym zawodzie sukces. Rok temu zgłosił się do mnie mój dobry kolega i powiedział, że ma kontakty w Afryce. Wystarczy pojechać i znaleźć tam jakiś diament. Jako że okres zachwytów afrykańskimi piłkarzami w kontekście polskiej ligi mam już za sobą, od początku byłem sceptyczny. Wiem, jak trudno takim zawodnikom przychodzi adaptacja w naszym kraju.

Starałem się ukierunkować mojego kolegę i pokazać, jakie warunki muszą być spełnione, żeby to wszystko miało szansę wypalić. Finalnie moje wymagania okazały się nie do spełnienia, więc kumpel zaczął działać sam.

To człowiek fajny, inteligentny, znający kilka języków, ale w menedżerce niedoświadczony. Pojechał do Dakaru, żeby dokonać selekcji. Zorganizowano dla niego specjalne mecze. Cały stadion do jego dyspozycji, na trybunach tylko on i jego afrykański kolega, a na boisku drużyny. Jedna, druga, trzecia, czwarta, mecz za meczem... A oni tak sobie siedzą i pokazują: ten, ten, ten też.

Potem po meczu zaproszono go do dyskoteki. Ciemno tam jak diabli. On jedyny biały. Nagle patrzy – jego kumpla nie ma. No to zaczyna tak chodzić i po omacku go szukać, ale w ciemności widać tylko oczy kilkuset miejscowych. Szuka, szuka. Nic. Atmosfera grozy. Kumpel w miejscowym narzeczu nazywał się „król”. No to ten pyta każdej napotkanej osoby: „król?”. A w Afryce co drugi to król, więc co chwilę słyszy: - Tak, jestem królem... Po dwóch czy trzech godzinach już był naprawdę zrozpaczony i żegnał się ze światem, bo jako jedyny biały stanowił nie lada atrakcję. Jakimś cudem wreszcie trafił na znajomego. Ufff.

Wypatrzonych na „castingu” w Dakarze piłkarzy przywiózł do Polski, bo ŁKS obiecał ich przetestować. Ostatecznie ŁKS się wypiął, więc musiał ich odesłać z powrotem i tak marzenia o nowym Drogbie się skończyły. Przypomniało mi to jednak, że też kiedyś miałem do czynienia z jednym „królem”. Ale on mówił, że jest nie byle jakim królem, tylko „king first class”. Czyli prawdziwy. Przyleciał do Polski, zamieszkał w hotelu, ubrany w markowy garnitur i z podróbką rolexa na ręku. Na pamiątkę tej znajomości została mi płyta, na której nagrany jest trening piłkarzy z Afryki. Metody – żal patrzeć. Lanie kijem, kopanie w twarz, bicie. Najpierw zawodnicy ścigali się po schodach do góry, potem zbiegali na łeb, na szyję. Wszyscy w koszulkach „Ronaldo”, „Vieri”, „Beckham”. Potem po tych samych schodach tzw. taczki, czyli jeden drugiego łapał za nogi i dawaj do góry. Jak ktoś nie nadążał, to trener go kijem. Na koniec skoki z jakiejś skały przy plaży i przytapianie w wodzie. Szkoła życia!

Tego typu rzeczy się naprawdę dzieją gdzieś na poboczach futbolu. Afryka ma wielki potencjał, ale piłkarze tam są fatalnie szkoleni. Ci, którzy prowadzeni są naprawdę dobrze, nie trafiają do Polski, tylko do innych krajów, mogących zaoferować większe pieniądze. A jak już ktoś do nas trafia... Pamiętam, jak przyjechał do Polski niejaki N’didi. Pośrednikom w Nigerii powiedziałem, że chcę dobrego, doświadczonego zawodnika. Przyleciał i na boisku oświadczył, że nie ma butów. Potem – że nie ma co jeść. Generalnie nic nie miał. Zastanawiał się tylko nad tym, jak w sposób w miarę wygodny spędził następne 7 dni (tyle miały trwać testy), a nie nad tym, jak przekonać tu kogoś do siebie. Potrafił grać w piłkę, ale nie był w stanie wykrzesać z siebie dość energii, żeby tu zostać. Nie to podejście.

Warto dodać, że mój kolega wcale nie mógł mieć pewności, że piłkarze, których przywiózł, a potem odesłał, byli tymi, których wskazał na stadionie w Dakarze. Tam nie brakuje cwaniaków, którzy potrafią zrobić każdego w konia. Kilka lat temu Wisła Płock kupiła zawodników z zespołu mistrza Nigerii, tylko nie wiedziała, że piłkarzami mistrza Nigerii zostali oni tylko na chwilę, na potrzeby tego jednego transferu do Polski. Regułą jest, że kiedy zapraszasz piłkarza z Afryki do Polski, to przylatuje ktoś inny i podaje się za kogoś innego. Przypomina mi się w tym momencie sposób, w jaki oszukiwali ludzie z Bałkanów. Sprzedawali piłkarzy na podstawie kaset wideo. Ale te kasety były specjalnie montowane. Piłkarze jednej drużyny przebierali się w koszulki dwóch różnych zespołów i udawały, że to prawdziwy mecz. Ktoś dośrodkowywał z rzutu rożnego, wskazany zawodnik strzelał gola. Pierwszego, drugiego, w końcu siódmego. Przewrotka? Proszę bardzo. Teraz oczywiście jest już tym lepiej, bo mamy erę internetu, komórek, łatwych przelotów. Ale jeszcze kilka lat temu w byłej Jugosławii mieliśmy to, co teraz w Afryce. Za każdym rogiem czekała niespodzianka.

18 komentarzy - dodaj komentarz

Saganowski strzela w LM!
Tagi: , , , ,
(22 października 2008 15:44)
Po trzech latach polski zawodnik strzela bramkę w Lidze Mistrzów. Nie jest to może zdobycie Pucharu Europy, ale jednak jakieś wydarzenie godne odnotowania, a nie kpin.

Wiadomo, że Polska jest takim krajem, że mało kto życzy innym dobrze. Już słyszę różne docinki – że Marek Saganowski nie strzelił idealnie w róg, tylko w środek, albo że był na spalonym. Dla mnie bramka jest wtedy, kiedy piłka przekroczy linię bramkową, a spalony wówczas, kiedy zagwiżdże sędzia. I tyle.

Mam tym większą satysfakcję, że cząstka tego gola to zasługa naszej agencji. Latem udało nam się przeprowadzić transfer Saganowskiego do Aalborga. Może to jedna z najsłabszych drużyn występujących w Lidze Mistrzów, ale jednak Marek ma szansę się wypromować na arenie międzynarodowej. Grzegorz Rasiak też jest z Southampton tylko wypożyczony, ale porównajmy jego możliwości promocji, i możliwości „Sagana”...

Nie wszyscy zauważyli, że nasz rodak nie tylko strzelił Villarreal gola, ale też zaliczył asystę oraz to po faulu na nim podyktowano rzut wolny, z którego AaB strzeliło kolejnego gola. Miał więc udział przy wszystkich trzech trafieniach. Widać też, że drużyna mu ufa, że ma szacunek do jego umiejętności. Znalazł fajne miejsce, żeby pograć przynajmniej pół roku. Co będzie w styczniu – zobaczymy. Najpierw trzeba zaczekać na to, co jeszcze pokaże Aalborg i co pokaże sam Marek.

Dodam też, że wielu polskich napastników jest na co dzień chwalonych, wielu wciska się do kadry, choćby kosztem Saganowskiego. Ale ci napastnicy nie grają w Lidze Mistrzów. Nie strzelają goli. Nie notują asyst. W przeciwieństwie do „Sagana”...

25 komentarzy - dodaj komentarz

Zawód - menedżer
Tagi: , , , ,
(10 października 2008 21:06)
Zewsząd słyszy się narzekania na menedżerów. Zgoda – tak jak są dobrzy i słabi trenerzy, piłkarze czy prezesi, tak są dobrzy i słabi menedżerowie. Wyczuwam jednak, że jeśli jest okazja przyłożyć menedżerowi, to nikt nie przejdzie obok niej obojętnie i wykorzysta każdy pretekst.

Ostatnio wpadły mi w ręce wywiady z polskimi piłkarzami. Marcin Baszczyński opowiada, jak to menedżerowie do niego dzwonią i obiecują świetlaną przyszłość. Kto inny mówi, że nie może opędzić się od agentów, a jednemu dał tydzień na załatwienie dobrego kontraktu – jak nie zdąży, to się zajmie tym kto inny. Krzysztof Król z Jagiellonii też coś kiedyś mówił o menedżerach – jakieś totalne brednie. Mam wrażenie, że bardzo wielu piłkarzy jest po prostu niedowartościowanych i poniekąd tworzą świat, zgodny ze swoimi marzeniami. Brakuje realnej samooceny.

Ale z drugiej strony zawód menedżera jest też coraz bardziej doceniany, bo garną się do niego nowe osoby. Wśród nich są byli prezesi klubów lub dyrektorzy sportowi – menedżerem jest Krzysztof Dmoszyński, następnym będzie Edward Socha, niedawno egzaminy zdawał syn byłego prezesa Bełchatowa Jerzego Ożoga. Ruch jest zresztą w obie strony – Jerzy Kopa, Ryszard Szuster, Czesław Boguszewicz czy Jacek Bednarz pełnili bądź pełnią ważne funkcje w klubach, choć wcześniej chcieli być lub byli menedżerami.

Którzy z nich mają szanse odnieść sukces? Ci, którzy będąc po drugiej stronie biurka w czasie negocjacji nie byli głusi na argumenty menedżerów, mieli do nich zdrowy stosunek. Bo jeśli do tej pory traktowali menedżerów jako swoich wrogów (nasuwa mi się przykład Oresta Lenczyka, który zawsze obraża menedżerów, a tymczasem jego syn zdawał egzamin), a nagle chcą do tego świata wkroczyć, to nie wierzę, że robią to dlatego, iż ta praca ich pociąga, pasjonuje. Doceniam ludzi, których punkt widzenia nie zmienia się zależnie od punktu siedzenia.

Jest też inny rodzaj menedżerów, czyli byli piłkarze. Zazwyczaj mają fantastyczne wejście w postaci barwnych wywiadów, opowieści, czego to oni dokonają i jaką to globalną opiekę roztoczą nad piłkarzami, pomogą im w inwestycjach (patrząc na giełdę, współczuję piłkarzom, którzy na taką pomoc się skusili). Papier wszystko zniesie, a życie weryfikuje.

13 komentarzy - dodaj komentarz

Piłka nożna to jest nie wyspa zła
Tagi: , , , ,
(13 września 2008 15:27)
Ostatnio zaproszono mnie do telewizyjnej rozmowy na temat książki „Futbolowy biznes bez maski”, polecanej między innymi przez Janusza Zaorskiego. Na samym wstępie prowadzący, Piotr Salak, przedstawił mnie: - Panie Jarku, pan dziś w roli czarnego charakteru... Nie za bardzo rozumiem dlaczego. Bo w książce menedżerowie przedstawieni są w złym świetle? Podobnie przecież jak działacze, trenerzy, właściciele klubów...

Sama książka nie ma specjalnej wartości i raczej jest to sensacja, na której ktoś chce się wypromować. Jednak to zdanie, wypowiedziane przez prowadzącego, a także dalsza część dyskusji nakierowały mnie w stronę pewnego spostrzeżenia. W pewnym momencie powiedziałem: - Piłka nożna jest tylko jedną z dziedzin życia i spotyka się w niej takie same patologie, jak we wszystkich innych... To oczywiście nie dla wielu osób miłe stwierdzenie, ale moim zdaniem trafiające w sedno. Zaorski zaatakował mnie wówczas: - Niech pan pokaże inną, gdzie postawiono zarzuty 120 osobom! I co tu odpowiedzieć? Jak odeprzeć taki argument? Na pozór wydaje się on silny. Ale tylko na pozór. Bo mnie martwi, że w innych dziedzinach życia nikt tak nie walczy z korupcją i dziwnymi układami, jak właśnie w futbolu. Spójrzmy na tak bliską panu Zaorskiemu kinematografię - czy tam nie ma układów? Czy reżyserowie nie mają ulubionych aktorów? Czy zawsze o wszystkim decydują umiejętności aktorów? Moim zdaniem nie.

Absolutnie nie chcę bronić wszystkiego złego, co wydarzyło się w futbolu. Ale też nie uważam, że piłka nożna to jakaś wyspa zła. Skoro do tylu przekrętów dochodziło w piłce nożnej, to nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było w siatkówce, żużlu, koszykówce, hokeju... Sport jest odbiciem rzeczywistości. Przecież przez lata były u nas kombinacje – prawo jazdy, wojsko, szpitale, przyjęcia na studia. Co drugą rzecz załatwiało się po znajomości i było na to ogólne przyzwolenie. Lekarz miał niską pensję, brał pieniądze od pacjentów, a ci mu dawali, bo wiedzieli, że i tak zarabia mało... Ten sposób myślenia rozprzestrzenił się - na sport, ale nie tylko i też nie przede wszystkim na sport.

Zmierzam do tego, że w piłce nożnej działają tacy ludzie, jak wszędzie. Są gorsi, są lepsi, są nijacy. Sam zdobyłem kiedyś konkretny i poważany zawód, ale trafiłem do futbolu, bo to moja pasja. I zależy mi na tym, aby środowisko piłkarskie nie było postrzegane jako banda ludzi bez skrupułów...

7 komentarzy - dodaj komentarz