Mr. X

Mr. X


Ukrywa się za nickiem, ale nie ukrywa poglądów. Ważne co pisze, a nie kim jest.

Gołota - szacunek
Tagi: , , , ,
(17 listopada 2008 13:39)
Kto chce, może sobie teraz splunąć na Andrzeja Gołotę. W internecie śmieją się z niego nawet 13-letnie, pryszczate kujony, które szerokim łukiem omijają lekcje wychowania fizycznego. Facet nie mogąc unieść ręki przetrwał rundę w ringu z maszynką do zabijania (wszystkich bokserów wagi ciężkiej uważam za takie maszynki - może nie licząc Najmana, Salety i Bonina), ale dla niektórych to powód do wstydu.

Gołotę lubię, bo to fajny, błyskotliwy, dowcipny facet. Ale przede wszystkim pamiętam jego walki. Ta druga z Riddickiem Bowe była jedną z najlepszych (najlepszą?), jakie w życiu widziałem. Na samym początku leży Bowe, cudem wstaje i walczy dalej. Później pada Gołota, zalewa się krwią, ale też się nie poddaje. Wreszcie znów na deskach ląduje Bowe (te dwa ostatnie knock-downy widać na filmiku poniżej). Jakim cudem on wytrzymał te ciosy Andrzeja, które później na niego spadły, jakim cudem nie osunął się, nie mam pojęcia. Czasami wydaje mi się, że gdyby ring nie miał lin, a przypominał bardziej jakąś matę zapaśniczą, to Bowe przewróciłby się w tej walce jakieś 200 razy.

Bowe przegrał w karierze oficjalnie tylko jedną walkę. Ale dla mnie przegrał trzy - Andrzej Gołota dwa razy był od niego lepszy. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy muszą to pamiętać, bo w 1996 roku wielu naszych czytelników miało pewnie kilka lat (Boże, jak ten czas szybko leci), więc rzućcie okiem...





Pozostałe rundy, jak i pierwszą walkę Gołota - Bowe, też znajdziecie na youtube. Może to starocie, ale na pewno lepsze niż wszystkie walki "Diablo" Włodarczyka czy Przemysława Salety razem wzięte. Mam też nadzieję, że rzeczywiście dojdzie do spotkania w ringu Gołoty z Adamkiem, bo chciałbym zobaczyć jak Andrew rozsmarowuje po ringu tego górala z gitarą. Dlaczego? Żeby przywrócono hierarchię w polskim boksie. Żeby wszyscy zapamiętali, że mieliśmy Gołotę, potem długo, długo nic... I dopiero później cała ta banda cudaków.





72 komentarze - dodaj komentarz

W loży sponsora...
Tagi: , , , ,
(09 listopada 2008 21:29)
Zdarzyło mi się kiedyś, że znalazłem się (nieprzypadkowo – nie to, że akurat przechodziłem w pobliżu) w loży sponsora głównego Blackburn Rovers. Przyjmowano mnie ze wszystkimi możliwymi honorami, łącznie z oprowadzeniem po całym obiekcie i zwiedzeniem nawet okolic szatni, mimo że do meczu Premiership czasu było już niewiele – piłkarze mieli już buty na nogach. Jose Mourinho (jako że był to mecz z Chelsea) całej tej pielgrzymce przyglądał się z nieskrywaną nieufnością, choć po minucie przyglądanie się nam zupełnie mu się znudziło i stał zblazowany, oparty o ścianę.

Najciekawiej było po spotkaniu. Otóż podszedł w pewnym momencie kelner i podał kartę. Sądziliśmy, że będą znowu nas tuczyć i poić. Nic z tego – zamiast potraw były tam nazwiska piłkarzy. Wraz z kolegą zupełnie nie mieliśmy pojęcia o co chodzi, a nie chcąc się ani dopytywać, ani przeciągać (podejrzewaliśmy, że po prostu głosujemy na najlepszego piłkarza spotkania) wskazaliśmy metodą chybił trafił. Padło nam Mortena Gamsta Pedersena.

Jakie było nasze zdziwienie, gdy po 15 minutach podszedł do nas młody facet i stwierdził: „Hi, Im Morten Gamst Pedersen”. I się dosiadł. Okazało się, że po prostu wybieraliśmy piłkarza, z którym mielibyśmy ochotę sobie pogawędzić albo zjeść obiad. Sytuacja była trochę niezręczna, bo mówiąc szczerze, nie ma ani jednej rzeczy, którą chciałbym się od Pedersena dowiedzieć, zupełnie mnie nie interesuje, co u niego słychać, jak mu się grało i jakie ma plany na przyszłość. On z kolei zupełnie nie miał pojęcia, kim ja jestem, tylko szczerzył się jak głupi do sera, bo tak mu kazali. I to kazali nie przez minutę, nie przez pięć, tylko co najmniej piętnaście, a może i dłużej. Dla sponsorów trzeba być przecież miłym.

Tak się teraz zastanawiam, jak sponsorów traktuje się w polskiej lidze. W Anglii kluby są bogate, ale chcą być jeszcze bardziej, więc na ludzi z pieniędzmi dmuchają i chuchają. A u nas wszyscy chcą być bogaci, ale najlepiej, gdyby ktoś od razu przyszedł z pieniędzmi, dał ze sto baniek i... przyniósł gazetę, żeby nie siadać bezpośrednio na usyfionym krzesełku.

14 komentarzy - dodaj komentarz

A to Polska właśnie
Tagi: , , ,
(03 listopada 2008 16:28)
Drodzy górnicy, kopalnia regularnie przynosi straty. Jesteśmy nierentowni. Musimy zwolnić 20 procent załogi, a w miejsce niektórych z was zatrudnić górników z Chin, bardziej wydajnych i pracowitych. To pozwoliłoby się nam utrzymać – mówi dyrektor.
- Hańba, skandal! Na taczki go! Po naszym trupie! Do Brukseli jedziemy, na Warszawę, Tuska przez okno, w Kaczyńskiego petardami! – takie okrzyki padają z sali.
- Ale panowie, zrozumcie, niektórzy z was już nie są w stanie tak pracować, jak kiedyś. I jest was za dużo. Zbankrutujemy!
- Zamknij ryj! Nigdy! Jeszcze Polska nie zginęła!

***

Przemawia prezes: - Witam wszystkim. Zdaję się na wasz zdrowy rozsądek. W redakcji jest sporo osób, które niestety nie mają sobą wiele do zaoferowania. Na przykład taki pan Leszek – już dawno by go z nami nie było, ale zapisał się do związków zawodowych. Przez to nie możemy zatrudnić nikogo innego – choćby trafił do nas świetny, młody człowiek. Albo pan Marcin – wszyscy wiemy, że łapie się za rzeczy, których nie umie. Ja wiem, że nie umie, wy wiecie, on też wie. To ciamajda. Mogę tak wyliczać dalej... Do rzeczy – w trosce o czytelników, bo przecież czytelnicy są dla nas najważniejsi, chciałbym, abyście wszyscy dobrowolnie zrezygnowali z pracy. Zagłosujmy. Kto jest za tym, abyście musieli odejść i aby w wasze miejsce zatrudniono lepszych ludzi?

***

Agencja reklamowa.
- Panie Michale, pan się już wypalił, nie ma pan żadnych pomysłów, prawda? – pyta szef.
- No, to nie jest tak do końca. Mam jakieś pomysły...
- Ale od roku pan żadnego dobrego nie zgłosił.
- Eee, jakieś były. No, szefie, ten z cukierkami...
- Niewypał. Słuchaj, Michał, ja cię rozumiem, tak po ludzku. Dałeś naszej firmie dużo, ale więcej już nie jesteś w stanie. Masz kontrakt ważny jeszcze przez trzy lata. Jednak z uwagi na naszą przyjaźń i z uwagi na dobro naszej małej firmy proszę cię, byś zrezygnował i odszedł. To pozwoli mi zatrudnić kogoś młodego, wiesz – świeżą krew. Inaczej będzie z nami kiepsko. Nie mam funduszy, brakuje zleceń, nie wygrywamy przetargów...
- Czyli co mi szef proponuje?
- Po prostu zrezygnuj z pracy, zapomnij o 15 tysiącach złotych pensji, znajdziemy kogoś lepszego.

***

Pociąg. Jadą nim górnicy na manifestację, dziennikarze w delegację i pracownik agencji reklamowej na urlop.
Górnicy: - Wyobrażacie sobie? Chciał, żebyśmy odeszli! Co za bezczelny chuj! A przecież my są najlepsi górnicy!
Dziennikarze: - U nas podobnie. Nasz prezes to świr. Chciał, żebyśmy wszyscy odeszli z pracy. A kredyty to się same spłacą? Poza tym, robimy bardzo dobrą gazetę. Tylko za mało jest reklamowana, dlatego nikt nie kupuje.
Pracownik agencji: - Miałem podobnie. A co mnie obchodzi, że są zdolniejsi ludzie ode mnie? Pewnie, że są. Ale ja też z czegoś żyć muszę. A poza tym ja też nie jestem taki ostatni. W zasadzie to jak trzeba, to jestem całkiem dobry, albo nawet bardzo dobry!

***

Pociąg, godzinę później.
Górnicy: - A najgorsi to są ci z PZPN. Jebani się stołków trzymają tylko. A o piłce nożnej w ogóle nie myślą!
Dziennikarze: - Dokładnie. Tylko własny interes. Wpuściliby do związku młodych, zdolnych ludzi, zamiast myśleć o swoich ciepłych posadkach.
Pracownik agencji: - Dajcie spokój, to jest mafia. Oni są niezatapialni. Wstydu nie mają. Gdyby ja był na ich miejscu, to od razu bym się podał do dymisji...

33 komentarze - dodaj komentarz

A ty za ile sprzedałbyś mecz?
Tagi: , , , , ,
(23 października 2008 17:59)
Podobno każdy ma swoją cenę. Zastanawialiście się kiedyś, jaka jest wasza? Za ile byście się sprzedali? Za ile schowalibyście honor do kieszeni i opędzlowali mecz? To pewnie zależy od okoliczności i aktualnych potrzeb, ale jakiś zakres powinno się dać ustalić. Jakąś kwotę minimalną.

Szokujące pytanie, co? Niewygodne? Mącące spokój w głowie? Większość osób, jako że nigdy przed takim dylematem nie stanie, rozkosznie, bez zastanowienia powie: - Ja bym nie sprzedał meczu za żadne skarby! Za żadne? Na pewno? No nie wiem. Daleki jestem od takiej hipokryzji – wszyscy mówią, że by nie sprzedali i prawie wszyscy sprzedają. Policjanci twierdzą, że łapówki by nigdy nie wzięli, a jeszcze nie trafiłem na ani jednego, który nie wziął. I tak w każdym zawodzie – sami uczciwi, a czasami bombonierka albo flaszka wódki wystarczy, by światopogląd się zmienił. Natura ludzka jednak jest jaka jest, co kiedyś ładnie pokazano w filmie „Niemoralna propozycja”. Pamiętacie, tam w roli „Fryzjera” (ha, ha!) wystąpił Robert Redford...




Ale filmów o tej tematyce było sporo, jeden z lepszych – „Adwokat diabła” (Al Pacino). To jak, możecie ręczyć, że NIGDY nie podpisalibyście paktu z diabłem?

Zadałem sobie to pytanie wczoraj. Wnioski? Ja za 50 tysięcy meczu bym nie sprzedał (to tylko fantazjowanie, nie jestem piłkarzem), bo taka suma niczego w moim życiu by nie zmieniła. Za 100 tysięcy – też raczej nie. Ale tu już po raz pierwszy pojawia się słowo „raczej” – pewnie jeśli mecz byłby zupełnie nieistotny, jakich miałbym za sobą już dwieście, z klubem nic by mnie nie łączyło, a na trenera nie mógłbym patrzeć, jeśli na taką sumę musiałbym pracować zdecydowanie więcej niż pół roku... Po spełnieniu takich warunków, kto wie. A jeśli jeszcze pracodawca zalegałby mi z pensją...

Ale gdyby ktoś – co jest absolutnie hipotetyczne, bo takie stawki nie istnieją – zaoferowałby mi milion, najlepiej milion funtów? Mecz polskiej ligi, za milion funtów (drapię się teraz po brodzie i zastanawiam)? Gdyby nie oznaczało to wyrzeczeń, czyli nie musiałbym rezygnować z jakichś tam marzeń (spotkanie decydujące o mistrzostwie Polski dla ukochanego klubu), to tak – pewnie bym opchnął. Wy za milion funtów byście opchnęli? Nie? A za dziesięć milionów? Za sto? Sto milionów funtów (prawie 500 milionów złotych), czyli dożywotnie maksymalne bogactwo za jeden mecz? Nie czytajcie tego w tempie ekspresowym, tylko zastanówcie się chwilę – jest dwunasta kolejka, będzie jeszcze trzynasta, czternasta, piętnasta... Kolejny zasrany mecz na błocie, przy szarych trybunach, nadzieje na zrobienie światowej kariery dawno zostały rozwiane, wynik i tak mam głęboko gdzieś, bo mój zespół miota się między dziesiątym i jedenastym miejscem...

Pamiętam, co mówił Władysław Bartoszewski – że warto zawsze być przyzwoitym, choć nie zawsze się to opłaca. Piękne słowa. Chylę czoła i podam na kolana przed takimi ludźmi. Ale zarazem im dalej posuwam się w swojej bajeczce, im więcej sam sobie obiecuje, tym bardziej sądzę, że istnieje granica, po przekroczeniu której uległbym pokusie. Jest takie hasło – jak kraść to miliony, jak zdradzać, to z królową.

Nie zrozumcie mnie jednak źle – nie chce usprawiedliwiać trenerów, piłkarzy i sędziów, którzy z naszej ligi zrobili kabaret. To w większości drobne, brudne złodziejaszki. Ale po prostu uwielbiam wcielać się w kogoś, analizować, zastanawiać się, zadawać sobie to najprostsze pytanie – a co ja bym zrobił? Dlatego niejako nie zgadzam się z wynikami sondy w jednym z tekstów na Weszło! Zdecydowanie więcej z was łatwiej wybaczyłoby piłkarzowi, który kupił mecz niż piłkarzowi, który sprzedał. Na pierwszy rzut oka to zupełnie zrozumiałe. Ale tylko na pierwszy. Bo to popyt kształtuje podaż. Gdyby nie było tych diabelskich kusicieli, wykorzystujących słabą ludzką naturę, nie byłoby sprzedawczyków. To oferujący pieniądze, a nie przyjmujący zniszczyli nasz futbol. To te diabły. To Robert Redford i Al Pacino.

To jak – jaka jest wasza cena?

55 komentarzy - dodaj komentarz

Własne zdanie - to nie boli
Tagi: , , , ,
(12 października 2008 02:51)
Czytam różne komentarze internautów i zastanawiam się, czy – zgodnie z tym, co mówi Leo Beenhakker – w Polsce jest tylko kolor biały i czarny? Czy można kibicować reprezentacji Polski, nie będąc jednocześnie wyznawcą kultu holenderskiego szkoleniowca? Czy zwycięstwo kadry oznacza równocześnie, że każdy, kto kiedykolwiek ośmielił się skrytykować selekcjonera, wyszedł na idiotę? I dalej – czy każdy zwycięstwo jest zarazem w głównej mierze zasługą trenera, a porażka przede wszystkim jego błędem? Gdzie w tym wszystkim miejsce dla piłkarzy, którzy – jak to w futbolu – mogą swoją grą pogrążyć najlepszego szkoleniowca i wypromować najgorszego?

Aktualnie w ofensywie – od kilku godzin – jest frakcja „kościół Beenhakkera”. Ci, którzy ośmielili się kiedyś cokolwiek złego napisać lub powiedzieć na temat Leo, są zdrajcami, którzy tylko czekają na porażki reprezentacji. I wedle członków tego kościoła, krytycy dziś opłakują (a nie opijają) gole strzelane przez polską kadrę. Podejrzewam, że nawet sam Holender tak sądzi.

To oczywisty kretynizm. Wyszukiwanie (czy nawet doszukiwanie się) błędów jest jednak jakąś tam oznaką troski. Ja na przykład nigdy nie zastanawiałem się, co jest nie tak z Interem Mediolan i nie znalazłem ani jednego powodu, by ten klub skrytykować, bo – jakby to powiedzieć – mam jego losy głęboko w dupie. Mógłby tam Ibrahimović stracić miejsce w składzie na rzecz Pazdana i nie chciałoby mi się na ten temat napisać choćby zdania. Co innego kadra. Jeśli widzę, że powoływany jest pokraczny Zahorski czy wiecznie nieskuteczny Saganowski, a pomijany Brożek czy Wichniarek, to mam prawo zapytać: przepraszam, czy leci z nami pilot? Albo nawet dosadniej: Leo, czyś ty... I tu każdy może sobie dodać słówko, zgodne ze skalą własne wkurzenia. Od najłagodniejszego – „oszalał”, aż po ostrzejsze.

Jestem więc wstanie wysnuć wniosek – może lekko karkołomny – że tak naprawdę ci, którzy nie padali przez Beenhakkerem na kolana i kłócili się z jego decyzjami personalnymi, są bardziej zaangażowani w życie kadry i bardziej im zależy na wynikach. Dlaczego więc dziś mieliby być smutni?

Nie uważam też, aby mecz z Czechami był jakimś wielkim zwycięstwem Beenhakkera nad swoimi krytykami. Pierwszą – a więc tę najważniejszą, ustawiającą mecz – bramkę zdobył Paweł Brożek, o którego przez dwa lata trwała kłótnia między Leo a wieloma dziennikarzami. Leo uważał, że napastnik Wisły nadaje się do sadzenia ziemniaków, a dziennikarze – że do strzelania goli w kadrze. Jednak wyszło na to, że w tym wypadku to opozycja miała rację, tak jak kiedyś w sprawie Frankowskiego (gdy Janas mówił: „takie bramki to i ja bym strzelał”). I zamiast dziś krzyczeć „wielki Leo wrócił” może warto zadać sobie pytanie – a gdyby tak Brożek w odpowiednim momencie zastąpił Matusiaka? Gdyby pojechał na Euro zamiast Zahorskiego? Gdyby wstawić go do pierwszego składu zamiast Żurawskiego? Czemu tak późno, panie Beenhakker? Przecież ten chłopak w poprzednim sezonie został królem strzelców!

Dla mnie jest jasne, że gol strzelony przez Brożka nie potwierdził, iż Beenhakker podejmuje same dobre decyzje personalne. Wręcz przeciwnie – potwierdził, że i Beenhakker się myli. Ale nie piszę tego, żeby mu dokopać, bo to nic złego – każdy się myli. Sęk w tym, by przestać dzielić świat na dwie części – na tych, którzy życzą Holendrowi dobrze i akceptują bez szemrania każde jego posunięcie (nawet najbardziej kretyńskie, a takich też nie brakowało) oraz tych, którzy marzą, by się mu się nie udało i żeby Polska przegrywała mecz za meczem. Bo powinno być jeszcze miejsce dla trzeciej grupy – dla tych, którzy lubią sobie podyskutować, podywagować, czasami ponarzekać, zastanowić się, zaproponować swoje rozwiązanie... Własne zdanie – to naprawdę nie boli.

A na koniec dodam, że tak na zdrowy rozum to wyznawcy Beenhakkera są w trudniejszej sytuacji niż zatwardziali krytyce, bo raz po raz muszą klecić sprzeczne teorie. Po Euro polscy piłkarze byli beznadziejni, system szkolenia tragiczny, perspektywy - żadne. I w takich okolicznościach wyjście z grupy było niemożliwe, nawet wielki Leo nie był w stanie nic zrobić. Teraz jednak trzeba jakoś uzasadnić zwycięstwo nad Czechami. W dodatku uzasadnić w sposób szczególny. Gdyby to było zadanie na maturze, brzmiałoby mniej więcej tak: "Uzasadnij różnicę pomiędzy reprezentacją Polski w piłce nożnej w czasie finałów Euro 2008 oraz w czasie meczu z Czechami, bez użycia Brożka. Dlaczego wtedy się nie dało, a teraz już tak?". Posłużenie się argumentem "Brożek" nie wchodzi w grę, bo podważałoby czerwcowe wybory Beenhakkera.

59 komentarzy - dodaj komentarz