
Andrzej Niedzielan
17-krotny reprezentant Polski, napastnik Korony Kielce, wcześniej występujący w lidze holenderskiej
Dobry początek
Tagi: andrzej, niedzielan, blog, korona, kielce, nec, nijmegen
(23 sierpnia 2010 19:19)
Sezon zaczął się nieźle. Może nie jakoś nadzwyczajnie, ale z trzech bramek w trzech meczach muszę być zadowolony, w przeciwnym razie wszyscy powiedzieliby, że kokietuję. Napiszę więc tak: dorobek miły, ale widzę w swojej grze jeszcze spore rezerwy. Nie zawsze można oceniać napastnika tylko przez pryzmat goli. Na przykład poprzedniego sezonu moim zdaniem nie rozpocząłem gorzej, mimo że pierwszą bramkę zdobyłem dopiero w piątej kolejce. Tylko postrzegano mnie wtedy inaczej.
Szkoda, że te moje gole nie dały kilku punktów więcej, bo mecze przecież tak się ułożyły, że gdybyśmy dziś mieli komplet zwycięstw, to nikt nie mógłby być zdziwiony. Czegoś nam jednak zabrakło, by z objętego prowadzania zrobić prawdziwy użytek i strzelić jeszcze kilka bramek. Ale może taka nauka była nam potrzebna i w dalszej części sezonu nie będziemy już przegrywać meczów, w których trafiamy na 1:0. Oby.
Skuteczność mi dopisuje, bo tak naprawdę nie miałem zbyt wielu sytuacji w tych trzech pierwszych kolejkach. I humor też mi dopisuje. Cieszę się, że trafiłem do Korony z tego względu, że gdyby wszystkie kluby były tak zorganizowane, to nasza piłka wyglądałaby inaczej. Tu naprawdę (naprawdę!) wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Podam przykład, zupełny szczegół, nieistotny, ale pokazujący, do jakich detali w Kielcach przywiązuje się wagę - tu każdy piłkarz ma nawet swoje miejsce parkingowe, z tabliczką z nazwiskiem. Kiedy żona z dzieckiem przyjeżdża na mecz, to nie musi parkować 400 metrów dalej, jak to się często zdarza, tylko pod samą trybuną.
To, jak już wspomniałem, szczegół, nie mający żadnego przełożenia na wyniki. Jednak każdy może sobie wyobrazić, że jeśli pomyślano o takich "głupotach", to pomyślano też o sprawach podstawowych. Małe rzeczy mogą czynić nas wielkimi i małe rzeczy mogą czynić nas małymi.
Tyle o Koronie, bo chciałem napisać jeszcze trochę na inny temat - chyba pierwszy raz w historii zdarza się, by w naszej ekstraklasie grali czterej piłkarze, którzy kiedyś występowali w tym samym zagranicznym klubie. NEC Nijmegen - ja, Arek Radomski, Joel Tshibamba i Saidi Ntibazonkiza. Moim serdecznym przyjacielem od lat jest Arek, mimo że akurat w NEC się nie spotkaliśmy, natomiast o Joela i Saidego w Holandii tylko się otarłem, z tego względu, że to byli wówczas młodzi zawodnicy, często występujący w rezerwach, a nie w pierwszej drużynie.
Zmierzam do tego, że nasza liga sportowo jeszcze nie stoi za wysoko, za to finansowo i organizacyjnie w bardzo szybkim tempie idzie w górę. Dziś ekstraklasa naprawdę staje się konkurencyjna dla średnich klubów z Holandii. Kiedyś nie do pomyślenia było sprowadzanie stamtąd zawodników, a teraz to się po prostu dzieje. NEC ma kłopoty finansowe, sponsor, który kiedyś opłacał między innymi mój kontrakt, już nie wspomaga klubu. Z tego względu klubu nie było już stać na utrzymywanie kontraktu Arka, sprzedaż Saidiego - który wykonywał ostatnio sporo dobrej roboty - też należała do konieczności. Cracovia - mająca dyrektora Tomasza Rząsę, znającego języki, komunikatywnego, inteligentnego człowieka - wykorzystała moment. Tak jak Wisła wykorzystała sytuację w Bredzie.
Myślę, że to jest kierunek dla polskich klubów - szukać w Holandii piłkarzy ze średnią reputacją, którzy tam gwiazdami nie są, natomiast u nas i tak podniosą poziom sportowy. Bo my rzadko kiedy gramy w piłkę, częściej kopiemy się po kostkach - kto mocniej. Potrzebujemy tu, w Polsce, jakości piłkarskiej. Wszystko inne zorganizujemy sobie sami.
Oczywiście, to oznacza, że będziemy musieli przepłacać. Ale to jedyna droga. Piłkarz, który w swojej ojczyźnie zarabia, dajmy na to, 150 tysięcy euro, do Polski przyjdzie za 300 tysięcy, a do Azerbejdżanu za pół miliona. Takie są prawa rynku. Im mniej atrakcyjna sportowo propozycja, tym większa musi stać za nią kasa. Jednak aby nakręcić tę koniukturę, musimy być na to gotowi. Holendrzy i piłkarze wyszkoleni w Holandii potrafią grać w piłkę i teraz tylko trzeba ich skusić odpowiednimi zarobkami. Nawet troszkę za dużymi.
Myślę, że następny holenderski zaciąg zobaczymy w Krakowie, ale już przy Reymonta. Nie sądzę, by jeszcze w tym okienku transferowym klub zdążył kogoś mocnego pozyskać, ale zimą spodziewam się dwóch czy trzech piłkarzy z ligi holenderskiej. Może na przykład takiego Matthew Amoaha, którego nowy trener Wisły zna z Bredy? Bardzo dobry napastnik, umie strzelać gole. Jeśli zaczniemy sprowadzać piłkarzy tej klasy, to już będzie to naprawdę wielki skok...
57 komentarzy - dodaj komentarz
Zmarł Jerzy Wielkoszyński
Tagi: andrzej, niedzielan, blog, jerzy, wielkoszynski
(09 czerwca 2010 11:37)
Dzisiaj zmarł doktor Jerzy Wielkoszyński, bardzo ważna dla mnie postać. Człowiek, któremu formę zawdzięczam nie tylko ja, ale wielu polskich piłkarzy. Jeszcze niedawno umawialiśmy się na współpracę w nowym sezonie.
Cześć jego pamięci.
21 komentarzy - dodaj komentarz
Niebiescy, dzięki za wszystko
Tagi: andrzej, niedzielan, blog, korona, kielce, ruch, chorzow
(02 czerwca 2010 17:02)
Dziękuję kibicom, piłkarzom, trenerom, działaczom i wszystkim osobom związanym z Ruchem Chorzów za wspaniały rok. Dziś podpisałem dwuletni kontrakt z Koroną Kielce. Opuszczam Cichą z żalem, bo mimo że „Niebieski” byłem tylko przez rok, to jednak w jakimś stopniu będę się nim czuł znacznie dłużej. To w tym klubie odzyskałem radość z gry w piłkę, to tam poczułem się doceniony. Myślę, że ostatni sezon był dla wszystkich w Ruchu bardzo przyjemny, pełny wartych zapamiętania momentów i satysfakcji. Wspólnie sobie pomogliśmy – ja klubowi, a klub mnie. Rozstajemy się w zgodzie i jak dobrzy przyjaciele. Dziękuję trenerowi Fornalikowi, że mi zaufał i dziękuję doktorowi Wielkoszyńskiemu za całą pracę, jaką włożył w przygotowanie mnie do gry. Dziękuję też kolegom, którzy dobrą grą pomogli mi odbudować nazwisko.
Fanom Ruchu życzę, aby kiedyś doczekali się takiego sponsora, na jakiego ten klub zasługuje. Nie chcę już mówić, czy negocjacje z Ruchem przebiegały tak, czy inaczej i czy mogły przebiegać lepiej. Klub jest w takiej sytuacji, że pewnie nie mogły. Zdaję sobie sprawę, że działacze mają często związane ręce. Wiem, że chcieliby rządzić i dzielić na rynku transferowym i że nie można odmówić im dobrych chęci, zapału. Realia jednak są, jakie są. Ciężko jest walczyć z konkurencją, nie mając ku temu odpowiednich środków. Dlatego nie mam do działaczy pretensji – po prostu dziękuję im za poprzedni sezon i jednocześnie życzę, by w przyszłości mieli komfort budowania drużyny, bez liczenia każdego grosika. Ściskam za to kciuki. A ja? Jeśli ktoś mnie kiedyś zapyta, czy warto grać w Ruchu, odpowiem – warto. Czasami się tylko trochę mniej opłaca. Ale warto. Nie żałuję ani dnia, ani minuty.
Przypominam sobie kilka szczególnych chwil w Ruchu – radość po pierwszym golu, fajny mecz z Jagiellonią (5:2), no i przede wszystkim prezentację drużyny przed rundą wiosenną, kiedy w hali zostałem tak przywitany, że aż mam gęsią skórkę. Dzięki. Za wszystko.
Dlaczego odszedłem? To oczywiste – żeby lepiej zarabiać. Pozostając zimą w Chorzowie, miałem nadzieję, że awans do europejskich pucharów może sprawić, że Ruch stanie na nogi i że pojawi się większy kapitał. Klub z taką historią nie powinien drżeć o to, czy będą pieniądze na wypłaty, czy nie. Niestety, sukces w lidze nie przełożył się na finanse. A ja – co mam nadzieję wszyscy kibice zrozumieją – nie mogę pozwolić sobie na to, by co chwilę rezygnować ze zdecydowanie lepszych ofert. Miałem dobry kontrakt w Wiśle, odszedłem do Ruchu, żeby więcej grać. Miałem gotowy do podpisania kontrakt z Polonią – zostałem w Ruchu, żeby nie uciekać w połowie sezonu. Piłka to mój zawód – nie stać mnie na to, by w każdym „okienku” odrzucać intratne propozycje.
Teraz czas na nowe wyzwanie – Korona. Niektórzy się dziwią, a ja… nie wiem, dlaczego. Gołym okiem widać przecież, że w Kielcach są perspektywy i że ten klub będzie z każdym rokiem coraz mocniejszy. Nie widzę żadnego powodu, by już w najbliższym sezonie Korona nie miała powalczyć o miejsce na podium. Dziś, przy podpisaniu kontraktu, po raz pierwszy spotkałem się z trenerem Sasalem oraz kierownictwem klubu. Bardzo mili ludzie. Wiem jednak, że zawsze jest miło przy parafowaniu umowy. Teraz wszystko w moich nogach, by miło było także za rok czy za dwa lata.
Do zobaczenia na boiskach ekstraklasy.
174 komentarze - dodaj komentarz
Brawa dla Alberta!
Tagi: andrzej, niedzielan, blog, sosnowski, kliczko
(31 maja 2010 13:41)
Sezon się skończył, mistrzostwa świata jeszcze nie zaczęły, więc nie będzie tym razem o piłce, tylko o boksie, którego jestem wielkim fanem. Niech więc wybaczą mi kibice Ruchu Chorzów - nie mam dla was jeszcze żadnej informacji, ani dobrej, ani złej (oczywiście dla każdego "dobra" może oznaczać coś innego).
Mam za to informację dotyczącą boksu - ALBERT SOSNOWSKI JEST FACETEM, KTÓREGO TRZEBA SZANOWAĆ. W sobotę byłem na jego walce w Witalijem Kliczką (dziękuję firmie PartyPoker.com za bilety na świetne miejsca, tuż przy ringu), zdarłem gardło i nie żałuję. Wyszedłem usatysfakcjonowany. Albert walczył znakomicie - starał się, robił co mógł, nie unikał walki, nie chował się, nie uciekał, nie klinczował. Po prostu podjął rękawicę. Oczywiście, różnica w umiejętnościach i zwłaszcza w warunkach fizycznych sprawiała, że walkę kontrolował Kliczko, ale nasz rodak przegrał tak, jak się powinno przegrywać - po walce. Nie każdy może być mistrzem świata wagi ciężkiej, ale też nie każdy może być pretendentem do tego tytułu i nie każdy może stawiać mistrzom taki opór. Kto był w sobotę na wypełnionym niemal do ostatniego miejsca stadionie w Gelsenkirchen, ten widział, jak daleko ten facet zaszedł.
Szkoda tylko, że sędzia przerwał tę walkę w dziesiątej rundzie. Być może Albert po ciosie Kliczki już by nie wstał, ale... zabrakło mi liczenia do dziesięciu. Arbiter nie pozwolił Sosnowskiemu przegrać tej walki na punkty. A może nawet - dzięki jakiemuś zbiegowi okoliczności - wygrać? Spójrzmy na to tak - pamiętacie walki Gołoty z Riddickiem Bowe? Bowe padał na deski i wstawał, zamroczony, walczył dalej, chociaż wydawało się, że już po nim. Gdyby sędzia wtedy przerwał walkę tak jak w sobotę, nie dałby Gołocie szansy na dyskwalifikację, a jego rywalowi na zwycięstwo...
Albert - wstydu nie przyniosłeś, nie żałuję, że pojechałem na twoją walkę aż do Gelsenkirchen. Porażki są wliczone w sport, ale przegrać też można w dobrym stylu. Powiedzmy, że pojechałeś na Camp Nou i dostałeś od Barcelony tak mniej więcej 5:3.

85 komentarzy - dodaj komentarz
Bandytyzm na oczach sędziego
Tagi: andrzej, niedzielan, blog, kontuzja, cionek, jagiellonia, ruch, siedlecki
(08 maja 2010 21:11)
Niestety, znów mam złamaną kość jarzmową. Nie mam jej złamanej tak jak po meczu z Zagłębiem Lubin – przez przypadek. Wtedy nie mogłem mieć do nikogo pretensji. Teraz mam ją złamaną celowo, na skutek ataku z premedytacją mającego na celu wyeliminowanie mnie z gry. Wiem to na pewno i wie to każdy, kto gra (grał) w piłkę na wyższym poziomie. Potrafię odróżnić „zabłąkaną” rękę, potrafię odróżnić przypadkowe uderzenie łokciem, nawet silne, nawet od bardzo rozpędzonego rywala, od uderzenia celowego. Thiago Cionek w Białymstoku próbował mnie trafić trzy razy, zanim w dziewiątej minucie udało mu się przywalić mi tak mocno, jak to tylko możliwe. Szkoda, że kamery nie pokazały tej sytuacji z drugiej strony boiska – wówczas nikt nie miałby wątpliwości co do intencji Cionka.
Czytam niektóre komentarze w Internecie. Nie jesteś gotowy, to nie graj. Kość się nie zrosła, to po co wychodzisz? Liczysz na taryfę ulgową, nic z tego! Odpowiadam – byłem gotowy do gry w piłkę, kość dwa miesiące po poprzednim złamaniu była już zrośnięta i nie liczyłem na taryfę ulgową. Maksa kevlarowa, niezwykle wytrzymała, jest świetnym zabezpieczeniem. Ale jest zabezpieczeniem przed przypadkowymi uderzeniami, a nie przed uderzeniem z całej siły, wymierzonym na zrobienie krzywdy. Gdyby nie ta maska, nie skończyłoby się na jednej operacji plastycznej – to wiem na pewno. Ta maska, mimo złamania, uratowała mnie. No i jeszcze jedno – piłkarze w takich maskach wracają do gry znacznie wcześniej niż ja, ale w cywilizowanych ligach nie ma dzikusów, którzy starają się na siłę przez tę maskę przebić. Tam piłkarze się wzajemnie szanują.
Byłem gotowy grać w piłkę. Ale to prawda – nie byłem gotowy na bicie się. To nie MMA, nie na tym ten sport polega. Niektórzy jednak nie odróżniają zdecydowanej, bezpardonowej gry, od bandytyzmu. Cionek jest bandytą. Im więcej takich piłkarzy w polskiej lidze, tym gorzej. Mam go w dupie, nie chce mi się o nim pisać, nie chcę tracić na niego czasu. Chciał się zemścić za mecz w Chorzowie, gdzie podarował na zwycięstwo, to się zemścił. Napiszę tylko: nosił wilk razy kilka.
Niestety, ale to wszystko była wina sędziego. Co jest obowiązkiem arbitra? Chronić zdrowie zawodników. Do tego zdarzenia by nie doszło, gdyby Cionek dostał ostrzeżenie po pierwszym uderzeniu mnie w twarz lub po drugim. Ale sędzia nie widział problemu w tym, że ktoś chce wyeliminować zawodnika z gry. Czy jak teraz w Belgii do gry wróci Marcin Wasilewski, to rywal będzie polował na jego nogi, aż trafi za czwartym czy piątym razem, a sędzia będzie się przyglądał? Czy jak Łukasz Garguła zacznie grać, to rywal zacznie za nim biegać i kopać go z tyłu w kolano, w więzadła? I wtedy napiszecie, drodzy kibice, że jak nie jest gotowy, to niech nie gra w lidze? Sądzicie, że jak Beckham wróci na boisko, to przeciwnicy będą polować na jego ścięgno Achillesa?
Sędzia Siedlecki nie zna się na swojej pracy. Celowo – jeszcze raz podkreślę, nie mam co do tego wątpliwości, zupełnie inaczej uderza się przypadkiem i przypadkiem to dostałem w życiu kilkaset razy – połamano mi kość, a on nawet nie zauważył faulu. Potem widziałem tylko jego głupie uśmieszki. I żółtą kartkę. Później była taka sytuacja, że lewy obrońca Jagiellonii dał mi „z liścia”, na oczach sędziego liniowego. Spojrzałem się w kierunku liniowego, a on na to: „Tylko się odezwij, to dostaniesz czerwoną kartkę”. Kogo chronią sędziowie? Tych, których się uderza?
Sędzia Siedlecki śmiał się ze mnie, Cionek śmiał się i ze mnie, i z Siedleckiego. Brawo, grajmy tak dalej. Wspaniała liga. Pooglądam ze szpitala. Ale wrócę. Najwyżej połamie mnie ktoś po raz trzeci. I znowu dostanę za to żółtą kartkę.
Podobno Cionek został wybrany piłkarzem meczu. Świetnie – niech jeszcze złamie nogę Sobiechowi, udusi Janoszkę i skręci kark Grzybowi, to poznamy piłkarza sezonu. A pięć żonglerek potrafi?
PS Poprzednio rentgen nie wykazał złamania, widać je było dopiero po tomografii. Teraz już rentgen nie pozostawia złudzeń. Więcej będę wiedział w poniedziałek.
469 komentarzy - dodaj komentarz
- 02 maja 2010 / Upragniony powrót (41)
- 31 marca 2010 / Człowiek w masce (107)
- 08 marca 2010 / Dziękuję za miłe słowa (251)
- 11 lutego 2010 / Same plusy (52)
- 20 stycznia 2010 / Zostaję w Ruchu (128)
- 07 grudnia 2009 / Niektórym nie dogodzę (85)
- 21 października 2009 / Radość ze zwycięstw (79)
- 05 września 2009 / Słonica urodziła! (41)
- 30 lipca 2009 / Nowe wyzwanie (60)
- 23 kwietnia 2009 / Czuję się niepotrzebny (92)
- 18 lutego 2009 / Been, Beenhakker i Feyenoord (43)
- 19 stycznia 2009 / Hiszpania - meldunek pierwszy (46)
- 17 grudnia 2008 / Talent (31)
- 02 grudnia 2008 / Ivo! (52)
- 27 października 2008 / Przegraliśmy, choć... byliśmy lepsi (96)
- 23 października 2008 / Będzie córeczka (76)
- 07 października 2008 / Najważniejsze gole... (215)
- 08 września 2008 / Dlaczego warto zaufać Brożkowi? (42)
- 27 sierpnia 2008 / No i Barcelona za nami (34)
- 14 sierpnia 2008 / To tylko ludzie, tak? (47)
- 12 sierpnia 2008 / Jazda, jazda, jazda! (46)
- 07 sierpnia 2008 / Czemu... strzeliłem! (69)
- 02 sierpnia 2008 / Czemu nie strzeliłem? (56)
- 29 lipca 2008 / Próbują nas wkurzyć (38)
- 23 lipca 2008 / Zwariowane dni (140)
- 11 lipca 2008 / Kontuzja? Drobnostka! (21)
- 05 lipca 2008 / Dwa sparingi (20)
- 02 lipca 2008 / Pierwszy meldunek (26)
- 24 czerwca 2008 / Pierwszy trening (26)
- 19 czerwca 2008 / Magia Hiddinka (7)
- 16 czerwca 2008 / Koncentracja (5)
- 10 czerwca 2008 / Właśnie się zaczęło! (12)
- 07 czerwca 2008 / Mój ból i nasz bój (7)
- 03 czerwca 2008 / Moja Holandia (11)
- 29 maja 2008 / Majewski kontra Maradona (40)


17-krotny reprezentant Polski, napastnik Korony Kielce, wcześniej występujący w lidze holenderskiej
Były zawodnik Flamengo, Bastii i Legii, wieczna dusza towarzystwa. Dziś prężny menedżer.
Srebrny medalista olimpijski, 39-krotny reprezentant Polski, największy skandalista w polskim futbolu. Wali prawdę między oczy.
Najzdolniejszy polski trener, zdobywca mistrzostwa Polski z Zagłębiem Lubin i Pucharu Polski z Lechem Poznań.
Były reprezentant Polski, mistrz Austrii i uczestnik Ligi Mistrzów. Obecnie zawodnik ŁKS Łódź. Twardziel.
Ukrywa się za nickiem, ale nie ukrywa poglądów. Ważne co pisze, a nie kim jest.
Bramkarz, 13-krotny reprezentant Polski, znany z ciętego języka i twardego charakteru
Zamieszczamy wpisy naszych czytelników. Umiesz dobrze pisać? Dołącz do nich!
Najlepszy bramkarz w historii polskiej piłki, dziś bezkompromisowy felietonista
Menedżer uważany za najskuteczniejszego na polskim rynku. Poznaj inny punkt widzenia.