Wojciech Kowalczyk

Wojciech Kowalczyk


Srebrny medalista olimpijski, 39-krotny reprezentant Polski, największy skandalista w polskim futbolu. Wali prawdę między oczy.

Przegrani i... wygrany
Tagi: , , ,
(15 listopada 2008 23:08)
Mecz Legii ze Śląskiem miał... dwóch przegranych, jednego zwycięzcę.

Przegrany numer 1 – Leszek Miklas. Okazało się, jak ważny jest doping dla Legii i jak bardzo może on pomóc piłkarzom. Miklas bezsensownie przedłużając konflikt i nie dążąc do zgody, działał na niekorzyść klubu.

Przegrany numer 2 – Jan Urban. W meczu z Wisłą zaryzykował, wystawił dwóch napastników i... wygrał. Później mu coś odbiło i wrócił do swojej jedynej słusznej koncepcji z samotnym Chinyamą. Efekt? Dwie porażki. Co się więc musiało stać w meczu z krakowianami, żeby wariant z dwoma napastnikami uznać za udany i grać tak dalej? 8:0 musiałoby być? Teraz znów zagrała dwójka z przodu i od razu sporo bramek.

Wygrany numer 1 – Maciej Iwański. Od dawna nie pamiętam, żeby piłkarz Legii zagrał tak kompletny mecz. Naliczyłem mu tylko trzy nieudane zagrania, to ewenement. Był wszędzie – z lewej, z prawej, w środku. Bramka – z pierwszej piłki, majstersztyk. Powinien dostać powołanie do reprezentacji. Zwłaszcza, że do tej pory nie wiedzieliśmy, jak mu pójdzie w prawdziwym meczu, czyli w takim, w którym kibice są głośno (nie to co w Lubinie i nie to, co w Warszawie do tej pory). No i mamy odpowiedź.

48 komentarzy - dodaj komentarz

Jak to z Rysiem Tarasiewiczem bywało...
Tagi: , , , , ,
(12 listopada 2008 23:00)
Przeżyliśmy ostatnio ligowy szok – zaskakujące wyniki (ci co obstawiają, może zwrócili uwagę, że na ostatnie 16 meczów, w aż 12 opłacało się zagrać na liczbę goli „under 2,5”), bramki w ostatnich sekundach, strzały rozpaczy. I w tym wszystkim mało kto zwrócił uwagę na trenerów i ich wypowiedzi. Mnie zachwycił swoim wywiadem w Canal+ Rysiek Tarasiewicz. Pokazał, jak można współpracować zarówno z drużyną, jak i dziennikarzami i kibicami. Dowcipny, inteligenty, wygadany, z klasą.

Ryśka znam, bo swoje pierwsze mecze w reprezentacji Polski grałem u jego boku i... mieszkałem razem z nim w jednym pokoju. Dziwne, co? On, jeden z najbardziej doświadczonych piłkarzy w drużynie, przyjeżdżający z Francji, a ja nieopierzony junior. I bierzemy ten sam pokój. Ale nikt „Tarasia” nie zmuszał do mieszkania ze mną. Po prostu w taki sposób... zostałem zaproszony do drużyny. Napiszę krótko, że w karty nie graliśmy:)

Rysiek imponował huknięciem z dystansu. Leszek Pisz był najlepszy do rzutów wolnych do 30 metra, a Tarasiewicz do strzału z jeszcze większej odległości. Jak mu piłka siadła, to uuuuu, leciało! I nie to, że on kopnął, a nikt nie wiedział, gdzie piłka spadnie. Spadała mniej więcej tam, gdzie Rysiek chciał.

Wtedy to był fajny, charyzmatyczny piłkarz. Teraz widać, że jest to super trener. Wywalczył awans do ligi bez żadnych Drzymałów, a teraz robi w niej furorę bez tych wszystkich Piechniaków, Mynarów i Ivanowskich. Każdy wynik, jaki osiąga Śląsk, jest przede wszystkim jego zasługą, bo to jego autorski zespół. Pod jego okiem odrodził się też Mila, co jest dla mnie zaskoczeniem, bo sądziłem, że się nie odrodzi nigdy. A gra świetnie.

Rysiek zrobił zespół z chłopaków, którzy po prostu chcą walczyć. Nie płacze, nie błaga o tranfery, nie narzeka, robi swoje. Jasiu Urban stwierdza, że liczy na Chinyamę i jak Chinyama nie strzela, to jest problem. A Tarasiewiczowi nie przeszkadzało to, że wypadł mu Sotirović. Wstawił Szewczuka i też idzie.

Dlatego ciekawi mnie teraz piątkowy mecz. A może nie ciekawi, tylko... martwi. Legia bez formy, boję się, że Śląsk nie musi przegrać.

I na koniec jedno spostrzeżenie - czym się różni Tarasiewicz od Urbana? Tarasiewicz urodził się we Wrocławiu i pół życia grał w Śląsku. Urban Warszawę zna z pocztówek, a w Legii nie zagrał nawet sekundy.

41 komentarzy - dodaj komentarz

CSKA powalczy o urlopy
Tagi: , ,
(07 listopada 2008 18:55)
Z przyjemnością obejrzałem mecz Lecha z Nancy. Dość ciekawy, akcje z obu stron, bramki albo ładne, albo kuriozalne. Zespół Franka Smudy walczył, próbował wygrać, był tego bliski – należą się pochwały. Ale ten stracony gol naprawdę dużo zmienia – teraz poznaniacy mają tylko iluzoryczne szanse na wyjście z grupy.

W następnym spotkaniu Lech zagra z CSKA na wyjeździe. W Rosji właśnie się kończy sezon. Piłkarze CSKA będą walczyli między innymi o... urlopy. Jak wygrają z Lechem, to po trzech meczach będą mieli pewny awans. Na kolejne mogą wystawić rezerwowych albo potraktować czysto turystyczne. Motywacja w postaci urlopów naprawdę na piłkarzy działa.

Trochę się dziwie, że przeciwko Nancy nie zagrał w pierwszym składzie Robert Lewandowski. Chłopak jest w gazie, nie wiem po co się go sztucznie hamuje. Podobał mi się rajd Peszki oraz gra Stilicia (bramki nie uwzględniam, bo z jej zdobyciem Stilić nie miał wiele wspólnego). Natomiast wciąż w Lechu kuleje obrona oraz rozsądek. W końcówce można było spokojnie przyjąć Francuzów na swojej połowie i wyprowadzać kontry, kierując piłki do szybkiego Peszki albo Lewandowskiego. Zamiast tego Lech ruszył do przodu i sam został skontrowany. Chociaż odnotujmy, że gol na 2:2 był cudowny – Thierry Henry takie strzela.

Teraz najbardziej mnie ciekawi, jak Lech zaprezentuje się w lidze. W krótkim czasie czekają go aż trzy mecze. Do tej pory po meczach pucharowych odstawiał kiszkę – a to w Gdyni, a to w Chorzowie. Coś czuję, że po najbliższych 10 dniach Lech może stracić kontakt z czołówką tabeli...

PS.
O wyborach w PZPN nie chce mi się pisać. Każdy widzi, co się (nie) zmieniło.

26 komentarzy - dodaj komentarz

Legia - Wisła i... Grzelak
Tagi: , , , ,
(26 października 2008 22:23)
No i znowu Legia wygrała u siebie z Wisłą. To powoli staje się tradycją – jak i to, że przed tym meczem zalicza jakieś słabsze spotkanie. Ale najbardziej uderzyła mnie inna prawidłowość. Czy zauważyliście, że Wiśle zawsze strzelają gole piłkarze, na których nikt nie liczy? Tacy, po których nigdy byście się nie spodziewali, że są w stanie cokolwiek sklecić?

Kiedyś strzelił nawet Jacek Magiera, który – powiedzmy sobie szczerze – w ogóle nie umiał strzelać. Hat-tricka wbił Piotr Włodarczyk, czyli człowiek, który trzech goli to nie strzelił przez ostatnie półtora roku. W poprzednim sezonie kto był bohaterem? Maciej Rybus. Nie twierdzę, że z niego nic nie będzie, ale jak na razie Wisła to – o ile się nie mylę – jedyna drużyna, której w lidze strzelił gole.

Dlatego jak patrzyłem na szalejącego na murawie Grzelaka, to wpadło mi do głowy, że Wisła rok w rok promuje nie piłkarzy, tylko ludzi, którzy z piłkarzami mają niewiele wspólnego (wyłączam Rybusa – za wcześnie na ocenę). Przecież gdybym ułożył ranking największych legijnych pierdół z ostatnich lat, to Grzelak na pewno byłby w piątce, a kto wie – może nawet by wygrał. No przyznajcie sami – jak mało kto zapracował na łatkę pierdoły i łamagi. A dziś? Szalał. Strzelał, podawał, dryblował, zakładał siatki. Gdyby nie to, że widziałem go w akcji już wiele razy, naprawdę uwierzyłbym, że jest dobry.

Co więcej? Legia ma bramkarza, a z bramkarzem jak wiadomo gra się łatwiej:) Super mecz zagrał Iwański (Rogera nie było na boisku, Sobolewski go zupełnie przyćmił), zresztą nie po raz pierwszy. Widać, nie zagubił się w Warszawie po przyjeździe z Lubina. No i podobał mi się Paweł Brożek, który perfekcyjnie porusza się po boisku.

Fanatyczni kibice Legii niech kończą czytanie w tym miejscu i idą świętować (choć pewnie żałują, że to niedziela i jutro trzeba iść do pracy). Na zdrowie! Bawcie się dobrze! Inni mogą czytać dalej...

Nie zmieniam zdania, że mistrzem Polski będzie Wisła – jest piłkarsko lepsza, bardziej ułożona, nie straci do końca sezonu tylu punktów, ile może stracić Legia. Chociaż pewnie do końca rundy jesiennej żadnego zdecydowanego faworyta mieć nie będziemy. Jedno muszę dodać – z listy kandydatów do tytułu skreślam Lecha Poznań (zostaje Wisła, Legia i Polonia). Zespół Franka Smudy na 10 kolejek stracił punkty z Bełchatowem, Arką, Ruchem i Śląskiem – trochę tego za dużo. Teraz zacznie się Puchar UEFA i problemy w lidze tydzień w tydzień.

71 komentarzy - dodaj komentarz

Ja i "Wujo"
Tagi: , , , ,
(22 października 2008 15:34)
To się porobiło, „Wujo” zatrzymany. Jestem w trochę niewdzięcznej sytuacji, bo bez wątpliwości to właśnie temu trenerowi zawdzięczam najwięcej. To on bardzo szybko powołał mnie do reprezentacji olimpijskiej i wstawił do pierwszego składu. To przy nim potem w Legii odgrywałem znaczącą rolę i później grałem w kadrze. Ostatni raz zetknęliśmy się na Cyprze, w Anorthosisie. I to właśnie wtedy – w 2001 roku – widziałem się z nim po raz ostatni.

Ale nie jestem specjalnie zaskoczony, że go zatrzymali, bo jeśli mam być szczery nie zaskoczyłoby mnie zatrzymanie NIKOGO związanego z polską piłką i PZPN. Może chodzi tylko o skalę szoku. To w takim razie bardziej zszokowany byłem, kiedy zapukano do drzwi Darka Wdowczyka.

Nie ma sensu pastwić się akurat nad nim, bo tak naprawdę zdecydowaną większość polskich trenerów powinno się władować do jednego autokaru i wysłać do Wrocławia. Kiedy wracałem z Cypru i nie chciałem nigdzie grać – o co koledzy mieli do mnie pretensje – to może nie chciałem właśnie z tego powodu, żeby nikt mnie nie budził o szóstej rano. Lubię sobie pospać.

Teraz będziemy obserwować chór prześmiewców Wójcika. Za dużo mu zawdzięczam jako piłkarz, żeby wziąć w tym udział. Napiszę tak – jego karierę należałoby podzielić na dwa etapy: pierwszy, kiedy był trenerem, czyli do 2001 roku i drugi, czyli od 2001 do dziś, kiedy bardziej go ciągnęło do świata biznesu, finansjery... Kiedyś trenerem był bardzo dobrym, dzisiaj jest pewnie żadnym, bo od kilku lat przestał się rozwijać, a to doradzał Millerowi, a to zakładał krawat Samoobrony. Zresztą, widać to było po jego ostatnich wynikach.

Ale wielką niesprawiedliwością nie tylko dla niego, ale dla wszystkich piłkarzy byłoby napisać, że Wójcik wszystkie swoje wygrane mecze w karierze kupił. To bzdura. Miał oko do piłkarzy, prowadził super treningi (dużo strzelania, ogólnie ofensywy – mnie jako napastnikowi to odpowiadało), do tego maksymalnie motywował. Nawet słabsi piłkarze potrafili wznieść się na wyżyny. Przypomina mi się początek naszej współpracy na Cyprze. W pierwszym meczu wygraliśmy... 8:0, a ja zaliczyłem cztery asysty. Przed następnym spotkaniem Wójcik był maksymalnie nabuzowany. I wrzeszczał na mnie w szatni: „Prezesi są niezadowoleni! Nie po to cię brałem, żebyś bramek nie strzelał!”. Po meczu wygranym 8:0! To tak się wkurwiłem, że wyszedłem i strzeliłem dwa gole, a potem zostałem królem strzelców.

Miał też „Wujo” taki charakter, że bardzo chciał być bogaty – to była dla niego wielka motywacja. Potrafił porzucić Legię zimą w 1993 roku, żeby wyjechać do Emiratów Arabskich. Gdzieś tam ta piłka coraz bardziej schodziła na drugi plan, aż w ogóle stała się dodatkiem. A szkoda, bo co podkreślę raz jeszcze – to był kiedyś bardzo dobry trener, z dobrym podejściem do piłkarzy. Ale przesadzają wszyscy, demonizując jego hasło „Kasa, misiu, kasa”. Mówił po prostu głośno o tym, o czym myślą wszyscy. Po co Janczyk jechał do Moskwy? Dla kasy. Po co Smolarek co chwilę zmienia kluby? Też dla kasy.

I jeszcze jedno – wszyscy przywołują teraz spotkanie Wisła – Legia 0:6. Obrodziło ekspertami w tej sprawie. Grzegorz Miecugow w TVN w dwóch kilku minut trzy razy mówi, że mecz został rozegrany w 1996 roku. Z kolei Antoni Bugajski opowiada, że Legia MUSIAŁA wygrać 6:0. Chciałem wszystkim przypomnieć, że Legia nic nie musiała – była wtedy najlepszą drużyną. Przed ostatnią kolejką mieliśmy bilans bramkowy lepszy od ŁKS o trzy gole (my +24, oni +21). Ten sam ŁKS, który w końcówce sezonu notował niesamowite wyniki (zwietrzył szansę, gdy w 30. kolejce – na 34 – zremisowaliśmy w Poznaniu 2:2). Dwie kolejki przed końcem wygrał 5:0 z Jagiellonią. Potem w przedostatniej kolejce przegrywał do przerwy 2:0 w Lubinie, żeby w cudownych okolicznościach wygrać 3:2. Robił wszystko, żeby – wyrażę się brzydko – wydymać nas na finiszu. I mu się nie udało, mimo cyrku w Łodzi (zwycięstwo 7:1 z Olimpią) na oczach sędziego Listkiewicza.

Mieliśmy wtedy taką drużynę, że na 100 meczów z ówczesną Wisłą wygralibyśmy 100 razy, z czego 70 razy pięcioma bramkami lub wyżej. Jak już napisałem w swojej książce, to były zdemotywowane pierdoły. A my graliśmy jeden z najważniejszych meczów w życiu. Może to spotkanie miało też drugie dno – nie wiem. Miałem 21 lat, byłem obok Krzyśka Ratajczyka najmłodszy w zespole. Robiłem swoje – strzelałem gole.

Jeśli „Wujowi” udowodnią, że ustawiał mecze Świtu – powinien za to odpowiedzieć. I właśnie za to.

78 komentarzy - dodaj komentarz