Mariusz Piekarski

Mariusz Piekarski


Były zawodnik Flamengo, Bastii i Legii, wieczna dusza towarzystwa. Dziś prężny menedżer.

Kto pomoże Kamilowi?
Tagi: , , , ,
(04 listopada 2008 17:51)
Muszę napisać kilka słów o Kamilu Grosickim. Na pewno znajdę jakieś rozwiązanie, żeby wyprowadzić go na prostą, choć „młody” zrobił trochę sam sobie pod górkę. Aktualnie jestem w kontakcie z wieloma ludźmi z branży. Jeśli do końca tygodnia nie dostanę odpowiedzi z zagranicznego klubu, to zapewne Kamil trafi do Jagiellonii.

Jedno mnie w Polsce przeraża – tu wszyscy boją się młodych piłkarzy, takich z problemami. A przecież to świadczy tylko o słabości trenerów. Dobry, znający swoją wartość szkoleniowiec nie ma tego rodzaju obaw, potrafi nawet rogatą duszę okiełznać. A Kamil z charakteru to jest dobry chłopak, trochę naiwny, nierozważny, ale z dobrym sercem. I dlatego pomagam mu bezinteresownie – wierzę, że może jeszcze wyjść na prostą i dobrze grać w piłkę. Transfer do Sionu był właśnie po to, by Kamil mógł odciąć się od przeszłości i zacząć od nowa, ale... w pewnym momencie wziął niektóre sprawy w swoje ręce i wyszło jak wyszło.

Cieszę się, że „Grosik” wznowił treningi – ale te prawdziwe, a nie pozowane na potrzeby gazet. Biega, chodzi na siłownię. Zrozumiał, że tylko piłka może mu zapewnić lepsze życie. Kiedyś był bardziej beztroski. Dostał dużo, niemal za darmo. Teraz, aby wrócić na poziom, który kiedyś przyszedł mu z łatwością, musi dać z siebie nie sto, tylko dwieście procent. Przez najbliższe lata zawsze będzie na cenzurowanym, zawsze ludzie będą patrzyli na niego nieufnie. Dlatego musi zapieprzać bardziej niż kiedykolwiek.

Ale apeluję, żeby nie skreślać chłopaka za grzechy młodości. Jego problemem było, to że myślał, iż zawsze będzie dobrze, że zawsze coś skapnie. Wydawał na poczet przyszłych zarobków. I nie przewidział, że tych zarobków może nie być. Ale może taka nauka była mu potrzebna? Wielu piłkarzy wychodziło z różnych zakrętów. Pamiętacie Tony’ego Adamsa?

Klasę będzie miał ten trener, który się nie przestraszy i postawi na Kamila. Najłatwiej wziąć 10 chłopaków z wiosek, żeby byli zapatrzeni w szkoleniowca. Ale chyba nie o to chodzi? Ja zapewniam, że „Grosik” nie jest taki zły, jak go malują. I chyba nadszedł moment, w którym warto mu zaufać.

PS. Ostatnio obejrzałem na Weszło! filmik z meczu Flamengo – Vasco, w którym grałem. Dodam tylko, że to był ostatni mecz na Maracanie przed zmniejszeniem pojemności tego stadionu. 110 tysięcy widzów! Do tego jak graliśmy na Santosie, było 90 tysięcy, na Portuguesie 78 tysięcy. Niesamowita przygoda. Niech inni piłkarze traktują to jako zachętę i dowód, że w piłce nie ma rzeczy niemożliwych. Warto mieć marzenia! Ci, którzy ich nie mają, dla 110 tysięcy ludzi grają, ale... przez całą karierę:)

50 komentarzy - dodaj komentarz

Radość Beenhakkera
Tagi: , , , ,
(13 października 2008 15:37)
Wszyscy dyskutują o Leo Beenhakkerze, więc i ja się włączę. Dla mnie za mecz z Czechami zasłużył na ocenę pięć z minusem. Dlaczego z minusem? Ze względu na jego zachowanie po bramkach.

Ciągle mam przed oczami ten moment, kiedy Rafał Ulatowski spontanicznie się cieszy i biegnie w stronę Beenhakkera. Jednak Holender go ignoruje, za to rozpościera ręce i odwraca się w stronę publiczności, jakby chciał wszystkim pokazać: „Patrzcie, oto ja, jestem tutaj, jestem wielki!”. Może wy to odebraliście inaczej, ale ja właśnie tak – widziałem tam nutkę megalomaństwa i lekceważenia pozostałych członków sztabu.

Rozumiem, że Beenhakker znajduje się pod wielkim napięciem. Ale powinien pamiętać, że on meczu z Czechami nie wygrał, tylko on TEŻ go wygrał. To jest sport zespołowy, a zespół to piłkarze oraz pozostali członkowie sztabu szkoleniowego. Tam każdy ma swoje zadanie do wykonania. I nie zapominajmy, że jednak najważniejsi są w tym wszystkim zawodnicy. To dzięki Beenhakkerowi Błaszczykowski nie wywrócił się przy pierwszej akcji? Nie. A przecież na stu piłkarzy... stu by się wywróciło! To Leo podciął piłkę zamiast Kuby? Nie, to była inwencja piłkarza.

Czasami odnoszę wrażenie, jakby Leo czuł się jakiś niedoceniony, jakby brakowało mu poklasku, jakby nie był pewny siebie. Albo nawet jakby miał jakieś kompleksy. Może dlatego każdą krytykę traktuje jak brutalny atak na siebie i może dlatego chce tak koniecznie pokazać, że to on jest WIELKIM AUTOREM SUKCESU? A powinien trochę wyluzować, uśmiechnąć się, pójść na spacer. Za dużo w tym wszystkim nerwów, za dużo krzywych min, za dużo agresji. I to właśnie z jego strony.

I dlatego właśnie ten minus przy piątce, ta mała ryska... A teraz możecie już ze mną jechać w komentarzach:) Ale co tam, swojego zdania nie mam zamiaru ukrywać.

45 komentarzy - dodaj komentarz

Gratulacje dla Franza
Tagi: , , , ,
(14 września 2008 19:35)
Muszę pogratulować Frankowi Smudzie. Mam do tego trenera słabość, odkąd spotkaliśmy się w Legii. To jeden z niewielu szkoleniowców, którzy lubią piłkarzy, a nie rzemieślników. Większość trenerów stawia na wybieganych drwali, którzy zostawią na boisku serce. A „Franz” działa inaczej – bierze tych, którzy potrafią grać i wpaja im zaangażowanie od początku do końca. I przynosi to efekt. Wisła była dziś bezradna wobec pressingu na całym boisku.

Smuda też nie ma cechy charakterystycznej dla polskich trenerów – oni lubią przerysowywać piłkę, żeby się dowartościować, a on ją upraszcza. Bo tak naprawdę w futbolu liczy się przecież to, żeby dobrać dobrych piłkarzy, stworzyć fajną atmosferę w grupie i wyzwolić rywalizację. Tylko tyle. Proste? Tak, ale nie dla każdego. Smuda w każdym z tych elementów jest wybitny.

Tak naprawdę Franek ma jeden problem – nie jest wybitnym mówcą i niektórzy śmieją się z jego wpadek językowych. Tylko różnica taka, że jak przychodzi mecz, to on może śmiać się z czyichś wpadek... boiskowych. I to jest ważniejsze niż piękne gadki. Smuda mówi w szatni po chłopsku, ale do rzeczy, na temat i zrozumiale.

Sam miałem z nim problem tylko raz – jak się wkurzył na mnie, że 2,5 miesiąca po zerwaniu więzadeł jeszcze nie jestem w stanie biegać. I przesunął mnie do rezerw. Po dziesięciu dniach mu się odwidziało i mnie przywrócił, ale generalnie to nie miało znaczenia – czy miałem nie trenować w rezerwach, czy w pierwszej drużynie, co to za różnica?:)

Przed Lechem świetne perspektywy. Mają (czy też za chwilę będą mieli) najładniejszy i największy stadion w Polsce, najlepszą frekwencję, świetnych piłkarzy. Chociaż muszę też pochwalić kibiców Wisły – zaimponowali mi dopingiem przy stanie 1:4. Mauro Cantoro grał kiedyś w Velez i potwierdzi, że to styl argentyński. Pamiętam, że jak sam kiedyś grałem na Velez, wygrywaliśmy 3:0, a trybuny ciągle huczały. Niesamowite.

27 komentarzy - dodaj komentarz

Z Juninho na pierogach!
Tagi: , , , , ,
(04 września 2008 16:51)
Czytam właśnie, że Ronaldo być może przejdzie do Flamengo Rio de Janeiro. Pamiętam, że kiedy ja jeszcze grałem w tym klubie, to Ronaldo dość często w wywiadach mówił – „Flamengo to moje marzenie”.

Tak sobie zacząłem przypominać, jak to w tym Rio de Janeiro było... Co tu gadać – to bardzo rozpuszczone miasto. Takie, które nigdy nie zasypia. Ludzi w Brazylii dzieli się na paulistas i cariocas. Paulistas to ci z Sao Paulo, wiecznie zapracowani, tacy bardziej europejscy, wiecznie spieszący się do pracy, stojący w korkach, myślący o interesach. A cariocas to ludzie z Rio – balangowicze, luzacy, podchodzący do wszystkiego bez stresu. Trochę dlatego – a może głównie dlatego – to właśnie kluby z Sao Paulo są silniejsze, bardziej profesjonalne. Ronaldo wybierając Flamengo wybiera też zabawę. Niekoniecznie musi tam zrzucić ten swój wielki brzuch...

Tak, Rio tętni życiem przez 24 godziny na dobę, oferujące sto pokus na minutę. To miasto z marzeń, położone między górami, otoczone wodą, z jeziorem w samym środku.. Krajobrazy nieziemskie – takie, jakich nie zobaczy się nigdzie indziej. Samych plaż jest tam ponad dwadzieścia, a te najdłuższe mają po kilka kilometrów długości. Zresztą, zobaczcie sami...

Audi


Dlatego podejrzewam, że dla Ronaldo – tak jak dla wszystkich w Rio – praca będzie tylko dodatkiem do tego, co się robi w wolnym czasie. Inna sprawa, że presja we Flamengo jednak jest. Ten klub według oficjalnych danych ma około 25 milionów kibiców. Pamiętam, że jak lecieliśmy na mecz wyjazdowy to zawsze na lotniku witały nas tłumy kibiców. Nie grupka, nie stu, tylko tłumy. Gdziekolwiek graliśmy, zawsze naszych fanów było mnóstwo. Nawet w stolicy Amazonii Manaus na stadionie naszych kibiców było więcej niż kibiców gospodarzy!

Nigdy nie zapomnę, jak graliśmy na Maracanie przeciwko Vasco. U nas – oprócz mnie, hehe – Savio i Renato Gaucho (dzisiaj trener Fluminense), u nich Edmundo i Juninho Pernambucano... Na trybunach ponad 100 tysięcy ludzi. Ponad 100 tysięcy! Potem pojemność tego stadionu zmniejszono, ale wrażenie było niezapomniane. Zremisowaliśmy 1:1... Aha, przypominam sobie, że przed meczem telewizja robiła reportaż o dwóch „dziesiątkach”, czyli o mnie i o Juninho (tym, co teraz gra w Lyonie). Jeździliśmy razem po Rio, rozmawialiśmy. On mnie zaprosił na kuchnię z Pernambucano (bardzo pikantna), a ja go na pierogi, do takiej małej polskiej knajpki, która mieściła się koło plaży Ipanema.

W ogóle miło oceniam ten okres. Od meczu z Velezem w Argentynie (w bramce Chilavert), gdzie zagrałem bardzo dobrze i wygraliśmy 3:0, miałem pewne miejsce w składzie. Fajnie, jak po jednym ze spotkań wybrano mnie najlepszym piłkarzem i zaproszono do studia telewizyjnego, gdzie siedziałem razem z Juniorem (88-krotny reprezentant Brazylii, który rozegrał ponad 800 meczów we Flamengo).

A przebić się nie było łatwo. Jak zostałem piłkarzem Flamengo, pojechaliśmy na tournee do Europy. Pierwszy mecz był z Realem Madryt. Real – w najsilniejszym składzie. Wynik? 3:0 dla Flamengo. Potem jeszcze 3:1 z Valencią (tą z Mendietą w składzie). Wtedy sobie pomyślałem: „uhu, gdzie ja trafiłem?”

Grało się tam przyjemnie. W Brazylii dwa razy zajmowałem czwarte miejsce w lidze, co jak na 24 zespoły nie jest złym wynikiem. Co ciekawe, czasami mieliśmy treningi na plaży, co było pożyteczne – bardzo to wzmacnia siłę nóg i potem jak człowiek wychodził na murawę, to czuł, jakby fruwał.

Jedną wadę ma Rio – bywa tam niebezpiecznie, jest dużo – że tak się wyrażę – niezbyt rozgarniętych osób. Poza tym klimat sprawia, że przez cały rok można żyć na ulicy, więc nie wszystkim chce się zajmować czymkolwiek. Wolą coś tam ukraść, podwędzić... Jak chyba wszyscy piłkarze Flamengo, miałem mieszkanie w dzielnicy Barra de Tijuca, do której dostać się można jadąc długim tunelem. Tam jest sporo zamkniętych osiedli, na których mieszkają sportowcy, piosenkarze, aktorzy. Ja miałem dwupoziomowy apartament z widokiem na jezioro, na górze był też duży taras i basen. Po mnie to mieszkanie wziął Alberto (grał w Udinese) i miał pecha – przez wjazdem na podziemny parking ktoś podszedł z pistoletem i kazał mu wysiadać. W samochodzie była też żona i dziecko. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Ja miałem więcej szczęścia – jedyne, co mi zginęło w Rio, to materac z tarasu:)

Dobra, nie zanudzam dalej – po prostu jak ktoś zastanawia się, gdzie lecieć na wakacje, a nie był jeszcze w Rio, to polecam. No i Ronaldo może spotkacie.

PS. Wiele osób mnie pyta o Romario - ale to temat na inną opowieść. Niedługo napiszę coś o nim...


26 komentarzy - dodaj komentarz

Gratulacje!
Tagi: , , , ,
(27 sierpnia 2008 18:29)
Chciałem pogratulować moim piłkarzom, którzy znaleźli się w reprezentacji Polski. Pierwszy to Marcin Kowalczyk, a drugi – Łukasz Załuska.

Mam nadzieję, że Marcin potwierdzi wysoką formę z ligi rosyjskiej, gdzie jego drużyna zajmuje drugie miejsce i walczy o mistrzostwo kraju. To jest naprawdę świetny zawodnik, silny psychicznie, będzie jeszcze z niego pociecha.

Bardzo cieszy też sukces Łukasza. Przez wiele lat ten chłopak nie miał szczęścia. Największe problemy zaczęły się po transferze do Korony Kielce, gdzie nie mógł znaleźć wspólnego języka z trenerem bramkarzy. Wtedy jego kariera zawisła na włosku, ale... związał się ze mną:)

To moim pomysłem było, aby całkowicie zmienić mu środowisko, umieścić w Dundee. Chciałem, aby pokazał się, gdzieś gdzie nikt nie będzie mu obrabiał tyłka i gdzie... nie ma zbyt wielu dobrych bramkarzy. Wprawdzie początek był pechowy, bo Łukasz złapał kontuzję, która wykluczyła go z gry na pięć miesięcy, ale później i dla niego wyszło słońce. I powiem wam, że już interesują się nim naprawdę bardzo dobre kluby.

Piszę tyle o Załusce, bo wiele osób psioczy na menedżerów – że są tylko pijawkami. A to nieprawda. To często menedżerowie mają pomysł na karierę dla piłkarza, wymyślają gdzie go można umieścić i co z tego może wyniknąć z przyszłości. Ja staram się tak właśnie działać. Wiążę się z wąską grupą piłkarzy, ale za to mam z nimi przyjacielski kontakt. Łukasz był nawet u mnie na weselu.

PS. Wiele osób jest pewnie zainteresowanych sprawą Kamila Grosickiego. Jutro wyjaśni się, czy przejdzie do Jagiellonii, czy zostanie w Sionie do grudnia. Wahać się zaczął trener Szwajcarów, bo Kamil w ostatnim meczu rezerw strzelił dwa gole i coraz lepiej zaczął prezentować się na treningach.


16 komentarzy - dodaj komentarz