Twoje zdanie!

Twoje zdanie!


Zamieszczamy wpisy naszych czytelników. Umiesz dobrze pisać? Dołącz do nich!

Do Pracy, Rodacy!
Tagi: , , ,
(15 grudnia 2009 13:49)
Do 7 lutego można w warszawskim Muzeum Narodowym oglądać wystawę poświęconą Jackowi Malczewskiemu zatytułowaną “Moje Życie”. Artysty, który wielokrotnie podkreślał, że nie ukończyłby nawet jednej pracy i nie zostałby malarzem gdyby nie Polska. Śmiem twierdzić, że jest to chyba jedyny twórca, którego wizja naszej ojczyzny nie tylko nie odrzuca, ale wręcz przeciwnie - przyciąga wyrafinowaniem i osobliwą magią. Piszę o tym nieprzypadkowo, bowiem to właśnie dziś zaprezentowano logo Euro 2012. Logo żenujące jak cała nasza piłka, a w najlepszym razie, tak jak ona, nieudolne i medialnie nieatrakcyjne. Zostawmy na boku problemy Ukraińców i skupmy się na naszym dumnym kraju, który jeszcze raz popisał się szczerością. Patrząc bowiem na symbol czekającej nas imprezy można wywnioskować jedno- nikt nie ukrywa, że będzie przaśnie, swojsko, po słowiańsku.

Nic zresztą dziwnego, jeszcze kilka dni temu pierwsza twarz polskiej piłki, prezes Grzegorz Lato w ujmujący sposób tłumaczył: Jestem bardzo szczęśliwy, jeżeli mój przyjaciel i Pan Surkis weźmie cztery miasto, to samo wspólnie Mistrzostwa Świata 2012. Analizując wypowiedź wybitnej postaci polskiego sportu nie sposób pominąć osoby tajemniczego przyjaciela. Bo jeśli Pan Surkis weźmie cztery miasto, to kto weźmie drugie cztery miasto? Odpowiedź jest prosta. To nikt inny, jak nasz kochany prezes. Wielki działacz nieprzypadkowo daje nam do zrozumienia, że polska piłka może liczyć tylko na siebie samą. Nie naprawią nam jej Francuzi z Canal+, ani Holendrzy w reprezentacji. Za pracę musimy wziąć się sami, już teraz.

Chociaż Ekstraklasa co roku zdaje się być bardziej wyrównana, to wypada zauważyć, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest fatalny poziom wszystkich polskich drużyn. Występy naszych zespołów w europejskich pucharach kończą się zanim jeszcze zaczęły, a na boiskach w Warszawie, Krakowie, czy Trójmieście próżno szukać przyszłych gwiazd reprezentacji. Patryk Małecki zapewne nazwałby mnie śmieciem, lecz śmiem twierdzić, że klęska Wisły w dwumeczu z Levadią, to jedna z największych kompromitacji polskiego sportu tej dekady. Bardzo możliwe, że Antoni Piechniczek weźmie mnie za przywódcę multimedialnej junty, ale nasz system szkolenia naprawdę kuleje. Zaś bezrobotny Smolarek porównywany z Błaszczykowskim to czysta demagogia. Swoją drogą, ciekaw jestem ilu trenerów sekcji młodzieżowych można by opłacić za sowite honorarium doktora Majewskiego. Chociaż Jurek Engel na moje pytanie skąd mógłbym wziąć nowoczesny podręcznik szkoleniowy dla pełnego pasji i werwy młodego człowieka tylko by się pod wąsem uśmiechnął, to urugwajski bestseller Strejlaua, czy nawet Engel. Futbol na tak!, to jednak za mało by się czegokolwiek nauczyć. Jest źle.

Tymczasem chcielibyśmy sprawnie działającego związku, zwycięskiej reprezentacji i odnoszących w świecie sukcesy drużyn. Rozumiem, że PZPN jaki był, taki będzie; że wszystko co państwowe, a przynajmniej nieprywatne, będzie zarządzane w sposób bałaganiarski. Żadne to odkrycie dla człowieka choć trochę pojmującego zasady rządzące kapitalizmem i gospodarką wolnorynkową. Dlaczego jednak źle funkcjonują kluby, z których tak wiele należy do osób prywatnych? Czy naprawdę jesteśmy skazani na wszechogarniającą przaśność, wszędobylskie dziadostwo?

W mojej ocenie należy odróżnić dwie kwestie: finansową i organizacyjną. Żyjemy w kraju gdzie politycy bardziej zważają na słupki popularności, niż realny interes państwa; gdzie z premedytacją zabijano kolejne gałęzie gospodarki by później stanąć nad ledwie zipiącym trupem i stwierdzić: jest źle. Jak wyłożył mi pewien szczery Szkot, nauczyciel ekonomii, w naszym kraju życie przeciętnego obywatela jest z ekonomicznego punktu widzenia warte tak niewiele, że nikt zdrowy na umyśle nie wyłoży pieniędzy na bezpieczne drogi. Niestety, przeciętny Polak zarabia niewiele. A przeciętny kibic jeszcze mniej. Nie stać go na drogi bilet, okolicznościowe pamiątki, ani nawet na kanapkę w stadionowym bufecie za trzydzieści złotych. Siłą rzeczy, kibic to na pewno nie jest klient, o którego warto zabiegać, a piłka nożna to na pewno nie jest biznes, w który warto inwestować. Łudzą się właściciele Legii Warszawa, którzy marzą o Łazienkowskiej wypełnionej yuppies z wiecznie grubym i wiecznie otwartym portfelem. Nie ma siły nabywczej, nie ma rynku. Nie ma rynku, nie ma inwestycji. Proste.

Tym trudniej pojąć, skąd bierze się druga bolączka polskich klubów- fatalna organizacja. W sytuacji, w której liczy się każdy grosz należałoby się spodziewać, że działacze wypracują taki model zarządzania, który maksymalnie wykorzysta dostępne budżety. Nic bardziej mylnego, co doskonale obrazuje przykład Wisły Kraków. Klubu, który przez ostatnie lata przejadł i zmarnował niebotyczne sumy. Co prawda, kibice Białej Gwiazdy lubią powtarzać, że na Reymonta każdą złotówkę ogląda się z dwu stron, lecz najwyraźniej zaraz po tych wnikliwych obserwacjach ląduje ona w błocie. Nieopłacalne, zupełnie chybione transfery, zerowy poziom szkolenia młodzieży, nieistniejąca opieka medyczna- to tylko kilka z grzechów głównych włodarzy z Krakowa. O odprawach dla, co chwila zwalnianych i znów zatrudnianych, działaczy nie wspominając. Zastanawiam się, co skłania Bogusława Cupiała do korzystania z usług doradców pokroju Zdzisława Kapki, kiedy mógłby swobodnie sięgnąć po młodego, obrotnego człowieka z Niemiec, czy Holandii, który poukładałby mu klub według zachodnich standardów. Nie wiem, czy każdy dyrektor techniczny z kraju tulipanów jest tak łasy na bankowe przelewy jak słynny Don Leo, ale myślę, że pensja Mauro Cantoro zachęciłaby do przyjazdu nad Wisłę niejednego specjalistę. Jestem przekonany, że wzorcowo zarządzana Biała Gwiazda osiągnęłaby więcej nawet z takim Dawidem Jarką, niż ta bałaganiarska osiąga z atakiem marzeń Boguski-Brożek. Za dowód niech posłuży Borussia Dortmund. Klub, który wcale nie ma największego budżetu w Bundeslidze, lecz uważnie kompletowany sztab szkoleniowy i doskonała organizacja (a także ciężka praca) pozwala mu co raz częściej myśleć o powrocie do ścisłej krajowej czołówki.

Jeśli pominąć w naszych rozważaniach podstępnych internetowych klikaczy, billboardy i cypryjskich spiskowców, to zajadłych krytyków naszego rodzimego futbolu należy zdefiniować jako ludzi głęboko skrzywionych przez telewizję. Widzom meczów Ligi Mistrzów, czy magazynów Premier League, albo egzotycznie brzmiącej La Liga wydaje się, że Lech powinien grać jak Barcelona, a Legia jak Liverpool. Proszę państwa, tu nie ma eleganckich kobiet w pięknych toaletach, ani eleganckich mężczyzn w białych koszulach i wspaniałych krawatach. Tu jest Polska.

W sytuacji, w której się znajdujemy porównania do Hiszpanii, czy Anglii do niczego nie prowadzą. Jedyne, czego możemy oczekiwać to Barcelony na miarę naszych możliwości. Toczących ze sobą efektowne i zaciekłe boje zespołów z porządnym zapleczem szkoleniowym, co roku produkującym nowe talenty palące się do wyjazdu na Zachód. Ale do tego potrzeba organizacji, zarządzania, pracy i jeszcze raz organizacji.

Tymczasem dopóki to nie nastąpi, kibic z nad Wisły ma do wyboru tylko dwie możliwości: albo delektować się przaśną i odpychającą niczym logo Euro2012 grą herosów pokroju Pazdana, albo zakrzyknąć: panie Polak, kończ pan mecz!

AUTOR: C.B.

16 komentarzy - dodaj komentarz

Koniec ery Beniteza?
Tagi: , ,
(06 listopada 2009 01:00)
Kiedy w 2004 roku Rafa Benitez przychodził na Anfield Road był postrzegany jako zdolny, hiszpański trener, z którym Liverpool będzie kroczył od zwycięstwa do zwycięstwa, a klubowa gablota zespołu powiększy się o kilka trofeów. Dziś, po pięciu latach jego pracy mam wrażenie, że Benitez pomimo swoich sukcesów, których odebrać mu nie możemy (przede wszystkim wygranie Ligi Mistrzów, a także zdobycie Pucharu Anglii i Tarczy Dobroczynności), jest trenerem niespełnionym na Anfield. Bo oczekiwania wobec niego były zdecydowanie większe.

Ten sezon dla kibiców The Reds jest koszmarem. Zespół zawodzi na każdym froncie w Anglii. Kiedy wydawało się, że wszystko wróci do normalności, po wygraniu 2-0 z Manchesterem, przyszła zaskakująca porażka w Londynie z Fulham. W Pucharze Ligi także próżno szukać Liverpoolu, który odpadł już w 1/8 z Arsenalem. Na razie amerykańscy właściciele The Reds twierdzą, że Benitez ma pełne poparcie i że nie rozglądają się na razie za nowym managerem. Jednak jak wiadomo, właściciele potrafią szybko zmienić zdanie.

Ostatnim kołem ratunkowym miała być Liga Mistrzów. Za czasów Beniteza Liverpool dwukrotnie grał w finale tych elitarnych rozgrywek, raz je wygrywając. Po środowym remisie we Francji z Lyonem nad zespołem z Liverpoolu wisi widmo niezakwalifikowania się nawet do 2 rundy Champions League, co byłoby niebywałą klęską. Według mnie sytuacja nie jest taka tragiczna, jak przedstawiają to dziennikarze (niektórzy mówią już nawet, że w tej grupie wszystko jest ustalone). Analizując na chłodno sytuację, widać jeszcze nadzieję dla Liverpoolu.

Jednak nawet ewentualny szczęśliwy awans do 2 rundy nie może przysłonić prawdziwego oblicza zespołu Beniteza w obecnych rozgrywkach. Otóż w 11 ligowych spotkaniach Liverpool przegrał aż 5 spotkań, a w Lidze Mistrzów w 4 spotkaniach przegrał połowę meczów, wygrywając tylko raz. Co gorsza, w dwóch meczach z Lyonem, Anglicy tracili punkty w doliczonym czasie gry, co wcześniej się zespołowi nie zdarzało. Drużyna jest w sporym kryzysie i nie widać niestety światełka w tunelu.

Co w takim razie z Rafą Benitezem? Wydaje się, że już niedługo będzie musiał rozejrzeć się za nową pracą. To świetny trener, co udowodnił pracując w hiszpańskich zespołach. Chodzi nie tylko o Valencię, z którą dwukrotnie zdobył mistrzostwo kraju i wygrał Puchar UEFA, ale także o Extremadurę i Teneryfę, z którymi świętował awanse do Premiera Division. Jednak w Anglii sobie nie poradził. Lista sukcesów nie jest adekwatna do oczekiwań, jakie mieli w stosunku do niego kibice, gdy pięć lat temu przychodził do Liverpoolu. Czy rok 2009 będzie pożegnaniem Rafy Beniteza z Gerrardem, Torresem i spółką ? Wszystko na to wskazuje...

AUTOR: Łukasz Gagaska
20 komentarzy - dodaj komentarz

KKS Lech Poznań – za co i za ile ukarać?
Tagi: , , ,
(17 sierpnia 2009 03:32)
Ocenę zdarzeń historycznych dzieli się na dwa etapy: Pierwszy to wyszczególnienie faktów, pozbawionych emocjonalnej i subiektywnej analizy. Drugi, to ocena moralna. Casus Lecha Poznań i Amiki Wronki w udziale w korupcji będę rozpatrywał pod kątem analizy historycznej.

Amica Wronki, klub założony w 1992, do powstałego w wyniku fuzji z WKP Lech Poznań klubu KKS Lech Poznań wniósł bazę treningową, na jeden sezon licencję (WKP Lech nie otrzymał jej z powodów finansowych) oraz, co najważniejsze, współczynnik punktowy do gry w europejskich pucharach (inna sprawa, że pomógł tylko w rozstawieniu w pierwszej rundzie Pucharu UEFA). WKP Lech Poznań, pięciokrotny Mistrz Polski, do fuzji wniósł nazwę zwyczajową, historię i liczną brać kibiców. W wyniku fuzji nowy podmiot prawny, KKS Lech Poznań, odziedziczył zatem wartości materialne (baza treningowa, zawodnicy – Amica; stadion, zawodnicy – WKP Lech Poznań) oraz imponderabilia (współczynnik UEFA – Amica Wronki, historia, nazwa zwyczajowa – WKP Lech Poznań).

Tu następuje przejście do oceny moralnej. Jeśli Amica Wronki i WKP Lech Poznań brały udział w korupcj, to logiczną konkluzją jest ukaranie nowego podmiotu prawnego (sportowego), KKS Lech Poznań, za czyny OBYDWU klubów. Moralne uzasadnienie można znaleźć, znajdując analogię do życia pozasportowego. Jest pan A, posiadający firmę CD, która przekupiła urzędników, aby wygrać jeden przetarg. Jest pan B, posiadający firmę EF, który również przekupił urzędników (tych samych nawet), aby wygrać drugi przetarg. Panowie łączą swoje firmy i zdefraudowany kapitał wnoszą do firmy GH. Po 10 latach przestępstwa panów A i B wychodzą na jaw. Przed sądem może i odpowie każdy z osobna (tak jak odpowie każdy uczestnik afery korupcyjnej), ale skoszone nieuczciwie siano zostanie odebrane, a i z odszkodowaniami i zapłatą kosztów procesów sądowych… Ucierpi firma GH (nie mówiąc o wizerunku firmy obciążonej dwoma aferami, to praktycznie jej koniec).

Naprzeciw moralnej oceny stoi postawa „ukradł milion, ale oddał dwa”. KKS Lech Poznań wniósł powiew profesjonalności w polskiej lidze, wreszcie polska drużyna zagrała na wiosnę w PUEFA, wypromowała obiecujących zawodników polskiej kadry narodowej – Peszkę i Lewandowskiego (Murawski stanie się wkrótce liderem drugiej linii, a i Bartosz Bosacki powrócił do łask).

Podsumowując, KKS Lech Poznań siedzi na dwóch stołkach i obliczając czysty zysk powinien zdecydować, z którego stołka naprzód spaść. Osobiście doradzam WKP Lech Poznań, bo wygrywających Puchar Polski piłkarzy, którym nie płacono parę miesięcy, można w jakiś sposób wytłumaczyć (zaakceptować ich czynu już nie). Sprawiedliwość będzie jednak tylko wtedy, gdy KKS Lech Poznań poniesie odpowiedzialność ZA OBU POPRZEDNIKÓW, ponieważ korzysta z dorobku ich obydwu.

Autor: Cerber

33 komentarze - dodaj komentarz

Czy to jest sprawiedliwość?
Tagi: , ,
(12 czerwca 2009 12:58)
10. czerwca Sąd Najwyższy zawrócił sprawę Widzewa do Trybunału Arbitrażowego przy PKOl w związku z powstałymi wątpliwościami co do słynnego przedawnienia. Komentarze w mediach czy na forach internetowych są jednoznaczne – sprawiedliwości stało się zadość. Czy na pewno?

Proponuję jeszcze raz pochylić się nad sprawami korupcyjnymi innych klubów. Taki na przykład Piast Gliwice został ukarany 10 punktami ujemnymi i karą finansową za ustawienie co najmniej 3 meczów przez menedżera klubu Janusza B. i kolejnych przez Mariana D. W sprawę zamieszany jest także ówczesny prezes klubu Marcin Ż. Ciekawe są wypowiedzi członków WD PZPN i szefa komisji etyki Jana Tomaszewskiego. Uznali oni, że w przypadku gliwiczan nie miał miejsca ciągły proceder korupcyjny, a jednostkowy. Podkreślano także wymianę władz klubu, a pan Tomaszewski stwierdził, że nie ma sensu degradowanie klubów za korupcję. Co więcej postulował, aby po 24. lipca 2005 nie było żadnych tego typu kar! Co więcej Janusz B. nadal pracuje dla Piasta Gliwice.

Podbeskidzie Bielsko-Biała to kolejny klub ukarany tylko minusowymi punktami. Zarzuca im się ustawienie „kilku” meczów. Wiadomo, że w sprawę zamieszany jest były prezes Stanisław P., II trener Michał N. i piłkarz Grzegorz P. Zarówno osoby zamieszane w Gliwicach, jak i w Bielsko-Białej mają już postawione zarzuty przez prokuraturę.

W Koronie Kielce zatrzymano 40 osób, kilkanaście już skazano prawomocnymi wyrokami. W Arce Gdynia w procesie korupcyjnym brała udział nawet sekretarka prezesa.

W tym momencie warto powrócić do Widzewa. Zarzuca się mu ustawienie 8 meczów (nie 12 o czym informują media) z tego 4 przez Wojciecha Sz., a czterech przez "Fryzjera". De facto Widzew można oskarżać jedynie o 1/3 zarzucanych mu przez media ustawionych meczów! Nie wiem, kto wpadł na pomysł zarzucania mu meczu z GKS Bełchatów przegranego 1-4. Wiceprezes Szymański jest jedynym człowiekiem związanym z Widzewem, który został zatrzymany przez prokuraturę, a nawet on nie ma postawionych żadnych zarzutów. Ciekawostką jest, że do procesu prawdopodobnie nigdy nie dojdzie! Widzew już rok temu chciał być oskarżycielem posiłkowym w tej sprawie, ale prokuratura wrocławska do dziś nie udzieliła mu odpowiedzi. Klub z Łodzi podobnie jak Jagiellonia nie odniósł korzyści z korupcji w postaci awansu, jednakże tylko w przypadku klubu z Białegostoku zostało to uznane za okoliczność łagodzącą. Sprawa Widzewa była też najkrótszą rozpatrywaną przez PZPN – tylko 50 dni potrzebował Tomczak i spółka na zdegradowanie Widzewa i dodanie mu 10 punktu karnych. Jeszcze przed poznaniem dowodów oficjalnie zapowiedział, że zdegraduje Widzew. Należy podkreślić, że tylko Górnik Polkowice został ukarany surowiej.

Na koniec chciałbym przypomnieć, że SN zajmował się tylko sprawą przedawnienia zarzutów korupcyjnych Widzewa a nie innych nieprawidłowości w postępowaniu WD PZPN czy merytorycznych uzasadnień kary.

AUTOR: kaimada

49 komentarzy - dodaj komentarz

Ekstraklasa absurdów
Tagi: , , ,
(05 maja 2009 00:05)
Sam nie pamiętam czy kiedykolwiek polska piłka kopana zdawała mi się do tego stopnia nieprzewidywalną i absurdalną, co teraz. Pewnie, nad Wisłą zawsze zdarzają się jakieś niespodzianki. Czasem trenerskiego półboga zastąpi niekompetentny Czech, innym razem królem strzelców zostaje dostawca kiełbasy. Od biedy filigranowy wrażliwiec wyjedzie strzec bramki słynnego Arsenalu. Nigdy jednak w lidze nie było tylu niewiadomych, a pierwiastek irracjonalny nie był tak bezczelnie i bezwstydnie aktywny.

Jak inaczej bowiem nazwać sytuację, w której o mistrzostwo, do samego końca, bić będą się cztery, może nawet pięć drużyn, zaś zagrożonych spadkiem do niższej klasy rozgrywkowej jest jakieś sześć zespołów? Czy to oznacza, że jest tak dobrze, czy może tak źle? Przecież to do naszej starej, dobrej i swojskiej ekstraklasy zupełnie niepodobne! Dotychczas wiadomo było, że Legia, że Wisła. Co do spadków - że ten bo biedny i tamten, bo poleci za korupcję. Do tych podstawowych praw fizycznych naszego piłkarskiego świata dochodziły swoiste prawidła pomniejsze. Na przykład to, że drużyny dobre na starcie, gorzej finiszowały (i vice versa). No chyba, że akurat ktoś kupować nie musiał, albo starczało na cały sezon. Kibice byli bliżej swoich idoli. Kto komu złamał nogę naumyślnie, a kto po boisku biegać nie musiał, bo z trenerem robił kilka godzin wcześniej flaszkę - to naprawdę nie była wiedza tajemna.

Teraz jednak, okazuje się, świat jakim go znaliśmy, już nie istnieje. Odszedł w niebyt. Żyjemy w apokaliptycznej rzeczywistości, w której wydarzyć może się dosłownie wszystko. Logika? Racjonalne argumenty? To już są, proszę państwa, byty abstrakcyjne.
Selekcjonerem kadry została persona europejskiego formatu, którą dwadzieścia lat temu znał prawie każdy. Dziś już może tak kolorowo nie jest, ale nadal chyba całkiem, całkiem, skoro związkowy beton stał się zakładnikiem każdego widzimisię i prasowych fochów dostojnego Holendra. Od kiedy to, polscy działacze sugerują się zdaniem opinii publicznej, czy medialnymi komentarzami, a nie brzękiem srebrników?

Gra zaś toczy się o niebagatelną stawkę. Dżentelmen z kraju tulipanów na szalę rzucił cały swój prestiż i wizerunkową magię. Z niespotykaną wcześniej w naszym ciemnogrodzie precyzją i dokładnością rozgrywa tę partię korzystając ze swoich ekstraklasowych asów. Zahorski, Pazdan, Trałka - to zawodnicy, którymi interesuje się chyba już każdy menedżer na Starym Kontynencie. A jeden na pewno - Jan de Zeeuw. Okazuje się, że nadzieją polskiej piłki nie są młodzi zawodnicy, którzy w lidze błyszczą, a ci, którzy zostaną przez boskiego Leo naznaczeni. Sytuacja ta wymyka się próbie jakiejkolwiek racjonalnej interpretacji. Ingerencja niebios jest zbyt widoczna by coś tu więcej jeszcze pisać.

Niektórzy nie potrafią zrozumieć dlaczego zawodnicy Legii Warszawa nie jedzą już w swojej klubowej stołówce. To proste! Polska się otwiera, integruje, modernizuje, nasi obywatele też chcą poczuć się Europejczykami - jadają lancze, przepraszam, lunche, w restauracjach. Szkoda tylko, że w niektórych knajpach na Nowym Świecie, czy Chmielnej, mogą nie mieć zup, a te przecież, jak wiadomo, dotychczas stanowiły podstawowe źródło pożywienia każdego legionisty. Nie brakowało ich w jadłodajni na Łazienkowskiej, no, ale nie smakowały Radovicovi, więc w sumie nie było już większego sensu tego dalej ciągnąć.

Z drugiej strony, bardzo możliwe, że nie sprawdzały się kucharki. Może to właśnie firmę cateringową, a nie producenta wadliwych piłek, które po treningu ważą 150 gram więcej niż przed, trener Legii powinien oskarżyć o kontuzje i niepowodzenia w lidze!

Sugerowałbym też sprawdzić, czy w warszawskiej kiełbasie aby na pewno jest białko, czy nikt nie dosypuje wypełniaczy, albo jakiejś mąki. Wszak, Mirek Trzeciak potrzebuje protein by wpaść na pomysł kolejnego transferu! Dawno nie było w Polsce klubu, który wydałby TYLE na TAKICH graczy (tutaj próbowała powalczyć jakiś czas temu Wisła płacąc krocie za Tomka z Czech, ale Cupiał musiał się poddać - TVN jeszcze przestałby od niego kupować kable i co on biedny by zrobił). Nie zapominajmy, że niełatwo będzie ściągnąć na Łazienkowską następców “Arru” i Rockiego, a wszyscy dobrze wiemy, że na podbój czołowych lig europejskich szykuje się już Roger.

Z ulubieńcem selekcjonera z Holandii, też w sumie dziwna sprawa. Kiedy dumy stolicy grzecznie zasiadły na krzesełkach malować świąteczne pisanki, Guerreiro na swojej napisał przewrotnie “Perejro”. Czy czuje się już Polakiem do tego stopnia, że też, tak jak my wszyscy żartuje z prezydenta? Prowokuje? A może demonstruje, że jednak kiedyś tym Polakiem będzie - tym bardziej, że ludzie lżą Lecha, którego sami wcześniej wybrali, a on kpi, choć wcześniej prosił go o przyznanie obywatelstwa! Sami przyznajcie, bardzo po polsku, takie nasze piekiełko!

Tymczasem, największy rywal stołecznego klubu, Wisła z Krakowa, wzmocniła się przed trudnym sezonem pełnym wyzwań w wyrównanej lidze i europejskich pucharach sprzedając Dariusza Dudkę i tracąc raczej pewnych rezerwowych Kokoszkę i Paulistę. Z czasem stwierdzono, że przecież mistrzostwo można zdobyć, ale można go i nie zdobyć i za grosze (ale zawsze!) do Groznego wciśnięto Clebera, czołowego obrońcę ligi. Całe szczęście, że z wypożyczeń wrócili Barreto i Varga, jeden Leo wie co wtedy byłoby z Wisłą. Zresztą obrońców w Krakowie i tak nie potrzebują. W razie czego można trochę poprzestawiać szyki, zamieszać ze składem, a na dobrą sprawę świetny bramkarz zapewnia czyste konto w każdym spotkaniu. Jeśli linia defensywna, to tylko na wszelki wypadek, albo dla zmyłki.

Przypominają się wiślackie testy golkiperów, je też ciężko pojąć. Zawsze wydawało mi się, że (w przeciwieństwie do “Ajwana”) nadążam, ale nie potrafię zrozumieć dlaczego Mariusza Pawełka wystawia się notorycznie na taki stres. Nic dziwnego, że później wszyscy pamiętają tylko jak facet sprowadzał z boiska bezpańskiego psa, a nie efektowne parady i wyjścia do piłki. W ostatnich dniach na tajemniczym niebie zabłysła kolejna gwiazdka - otóż bodajże najlepszy prawy obrońca ligi i wiodąca postać Białej Gwiazdy, Marcin Baszczyński, dotychczas bezskutecznie domagający się rozmów z klubem w sprawie przedłużenia upływającego wkrótce kontraktu, może na taki gest liczyć dopiero teraz, gdy złapał poważną kontuzję i raczej nikt już go nie zatrudni. Jedni powiedzą, że Wisła po prostu działała na wyczekanie i teraz pan i władca biura przy Reymonta, łysy Bednarz, zaproponuje zdanemu na jego łaskę i dobrą wolę zawodnikowi lichy kontrakt. Inni, że Wisła toczy z Cracovią wojnę totalną - chce po prostu swoim altruistycznym zachowaniem wygrać bój o tytuł drużyny papieskiej. Tak, czy siak, trudno tę szaradę rozwiązać.

Ponieważ w każdej normalnej lidze cierpliwe podejście zarządu, stabilna i rozsądna polityka transferowa, a zwłaszcza przemyślana i długofalowa praca zespołu z jednym trenerem przynosi wspaniałe owoce, w Polsce jest zupełnie na odwrót. Oto, Henio Kasperczak, podobno najbardziej wygadany i zaskakujący szkoleniowiec nad Wisłą, nie potrafi od ponad ośmiu miesięcy wyciągnąć ze strefy spadkowej Górnika Zabrze. Klubu z bogatym sponsorem i oddanymi fanami. Nie byle jakiego klubu, co potwierdził nawet Janek Urban, który w samobójczym uniesieniu tłumaczył warszawskim kibicom, że Legia wcale nie jest uznaną w Polsce firmą.

Oczywiście, nie od razu Zabrze zbudowano, ale Górnik jaki jest, każdy widzi. Przez tyle czasu można było się pokusić o chociaż kroczek do przodu. Niestety, pomimo pokaźnego honorarium pana Kasperczaka, takiego nie widać. Całe szczęście, że nie wszystkim chodzi w życiu tylko o pieniądze i nikt Henia nie zwolni, a Regnifo nadal będzie podnosił poziom w Lechu, chociaż mógłby już grać co najmniej w Celticu, albo Arsenalu.

Przypominam, że to tylko wycinek rzeczywistości, w jakiej przyszło nam, kibicom oraz zawodnikom żyć w piłkarskiej Polsce. Obserwując dziś Legię Warszawa, która dziarskiemu Bodziowi W. próbowała bezskutecznie, przez ponad dziewięćdziesiąt minut, strzelić bramkę starałem się analizować te przedziwne, ligowe zjawiska. Od myślenia rozbolała mnie tylko głowa. Widocznie pewne sprawy muszą już pozostać niewyjaśnione.

AUTOR: Czarek.

23 komentarze - dodaj komentarz