
Marcin Adamski
Były reprezentant Polski, mistrz Austrii i uczestnik Ligi Mistrzów. Obecnie zawodnik ŁKS Łódź. Twardziel.
Z dedykacją dla…
Tagi: Marcin, Adamski, ŁKS, piłka, nożna
(18 grudnia 2008 21:27)
Święta Bożego Narodzenia to dla większości ludzi najpiękniejszy okres w roku. Wszyscy zjeżdżają się w rodzinne strony, czasem po roku tęsknoty za bliskimi. Razem ze swoją rodziną wyjechałem więc z Łodzi. Po drodze, razem z moim przyjacielem „Murzynem”, zjedliśmy obiad w Poznaniu, aż w końcu zawitaliśmy do naszego rodzinnego Świnoujścia.
Zamierzałem podsumować w tym wpisie piłkarską jesień w Polsce, ale po tym, co wydarzyło się wczoraj postanowiłem tego nie robić. Dostałem niespodziewaną informację o śmierci mojego wujka Tadzia. Był wielkim fanem piłki, a przede wszystkim moim wiernym kibicem. Mieszkał na Śląsku i często, kiedy graliśmy w tamtych rejonach, dodawał mi otuchy na meczach wyjazdowych.
Pamiętam, że kiedy wiosną mieliśmy w ŁKS-ie bardzo trudny okres, wygraliśmy na Zagłębiu Sosnowiec 3:0 i od tamtej pory rozpoczął się marsz w górę tabeli. Ostatni raz z Tadziem widzieliśmy się wiosną, po zremisowanym 1:1 spotkaniu z Górnikiem Zabrze. Był jak zawsze uśmiechnięty, serdeczny i pełen życia. Minęło kilka miesięcy i nie ma go już wśród nas. Wujek zawsze przynosił mi szczęście. Teraz będę musiał sobie radzić bez niego.
Spoczywaj w pokoju…
17 komentarzy - dodaj komentarz
Jacek Bąk - bez pozdrowień
Tagi: Marcin, Adamski, blog, piłka, nożna, Jacek, Bąk
(10 listopada 2008 15:04)
Zremisowaliśmy na Wiśle 0:0. Naprawdę wielka rzecz. Wspaniały występ Bodzia Wyparły i niesamowita walka całego zespołu. Zdobyty punkt zbyt dużo nam nie dał w tabeli, bo nasi główni rywale też nie przegrywali, ale za to może to być dobry prognostyk na przyszłość i pewien impuls, który pomoże nam w następnych meczach. Jesteśmy mocniejsi psychicznie, mamy więcej wiary. To przełoży się na kolejne wyniki.
Ale nie o Wiśle będę dziś pisał. Sytuacja zmusiła mnie do tego, by ustosunkować się do wypowiedzi Jacka Bąka w „Magazynie Sportowym”. Na pytanie dziennikarza, dlaczego nie chciał przyjść do studia Polsatu w czasie mistrzostw Europy, odpowiedział (przytoczę tylko fragment dotyczący tylko mojej osoby): - Nie chciałem chodzić i dyskutować z facetem, który zagrał pięć razy w kadrze i mądrzył się na temat tego, co ja robię źle. Taki Adamski, co on zagrał w życiu? Występował w Rapidzie Wiedeń przez półtora roku, zaczął narzekać, że go trener nie lubi i poszedł do Francji do czwartej czy piątej ligi. No nie róbmy jaj. Ja mam z kimś takim dyskutować i po co?
Tak naprawdę ta żenująca argumentacja nie za bardzo nadaje się, żeby z nią polemizować. I nawet nie mam na to ochoty, ale skoro ktoś próbuje dyskredytować moje osiągnięcia czy futbolową wiedzę, to muszę się jednak to tego ustosunkować.
Na początek małe sprostowanie – w Rapidzie spędziłem 4 sezony, a we Francji grałem w drugiej lidze. Z Rapidu do Angers odszedłem nie z powodu niechęci trenera, tylko z powodu zbyt dużych rozbieżności co do warunków nowego kontraktu. Gdyby było inaczej, ten sam trener, do niedawna selekcjoner reprezentacji Austrii Josef Hickersberger, nie ściągnąłby mnie z powrotem i to z myślą o kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Co do reprezentacji – miałem zaszczyt wystąpić w trzech meczach, a nie w pięciu. W całej wypowiedzi Bąka prawdą jest tylko to, że jestem facetem. Dobre i to. Pięć zdań, cztery kłamstwa. Skoro ktoś plecie na mój temat takie bzdury, musi mnie naprawdę nie lubić. Dlaczego?
W czerwcu skorzystałem z możliwości, jaką dał mi Polsat i w Austrii komentowałem wydarzenia u boku wielu znakomitości polskiej piłki, takich jak Zbigniew Boniek, Marek Koźmiński czy Wojtek Kowalczyk. Dla nie to był niesamowity zaszczyt – tylu znawców futbolu i moja skromna osoba. Zawsze lubiłem uczyć się od najlepszych i skoro stworzono mi taką możliwość, to postanowiłem skorzystać. Z zaciekawieniem słuchałem opinii starszych, bardziej utytułowanych komentatorów, ale nie stroniłem też od wyrażania własnych opinii – oczywiście znając swoje miejsce w szeregu. W wymienionym gronie imponowało mi nie tylko to, jak wiele te osoby osiągnęły w piłce, ale też to, że nikt nie dawał mi odczuć, że jestem gorszym, kimś kto osiągnięciami nie dorównuje reszcie do pięt. Jak chciałem coś powiedzieć, to robiłem to i nikt nie sprowadzał mnie do parteru. Wokół byli naprawdę fajni, otwarci ludzie, bez kompleksów.
Jak wiemy, nasza reprezentacja nie spisywała się podczas Euro za dobrze. Była krytykowana, zresztą słusznie. Oberwało się też Jackowi Bąkowi, bo jak wiemy w szczytowej formie nie był. Kilka razy wytknąłem mu złe ustawianie się. Stwierdziłem też, że o jego złej dyspozycji donoszą austriackie media – pojawiły się nawet artykuły, że Bąk miał tak słabą rundę wiosenną, że jego osoba jest... nadzieją Austriaków na mecz z Polską. Czy to była moja wina, że tak pisano? Czy to przeze mnie Bąk prezentował się nie najlepiej?
Byłem tam od tego, żeby stwierdzać fakty, a nie mamić ludzi. Chciałem dobrze wykonać wykonać swoją robotę i to robiłem. Chyba, że Jacek Bąk twierdzi inaczej – tzn. chyba że on był w znakomitej formie, a polska reprezentacja grała rewelacyjnie.
Wielokrotnie mówiłem, że gramy źle taktycznie i nie jesteśmy przygotowani fizycznie. Co teraz, w tym samym wywiadzie, Bąk potwierdza. Szkoda, że tak późno. Moim zdaniem kilku piłkarzy nie było też przygotowanych psychicznie. Skoro nie potrafili przyjść do studia i udzielić wywiadu, to jak mogli unieść ciężar walki z Klose czy Ballackiem? Ja mam tę satysfakcję, że nigdy nie odmówiłem dziennikarzom wywiadu, nawet z zupełnie nieznanych mi gazet czy portali. Szanuję wszystkich ludzi interesujący się piłką.
Do tej pory myślałem, że Bąk ma klasę i po tylu latach grania na europejskim poziomie potrafi przyjmować merytoryczną i obiektywną krytykę. Okazuje się, że nie. Do tego jeszcze odbiera mi prawo krytyki ze względu na zbyt małe osiągnięcia piłkarskie. Czyli jakie kryteria powinien spełniać ktoś, kto ma prawo zwrócić mu uwagę? Musi mieć rozegranych 50 czy 60 meczów w kadrze? Wedle rozumowania Jacka Bąka dyskusja z kimś, kto w piłce nie osiągnął zbyt wiele jest bez sensu. Piłkarze mniej utalentowani, dziennikarze sportowi czy zwykli pasjonaci nie mają prawa głosu. Brawo!
Chcę przy tym zaznaczyć, że z moim osiągnięć jestem zadowolony, czuję się piłkarzem spełnionym i nie mam kompleksów. Przecież nie każdy rodzi się Maldinim. Zawsze mierzyłem siły na zamiary, nie napinałem się. Z tego, co dał mi futbol, jestem szczęśliwy. Nie grałem może w najsilniejszych ligach Europy i nie mam 50A w kadrze, za to poznałem wielu wspaniałych ludzi, z którymi utrzymuję kontakty do dziś i pewnie się to nie zmieni. Oni mnie szanują, liczą się z moim zdaniem, mimo tych „nie największych osiągnięć”. Przyjaźnię się chociażby z trenerem Hickersbergerem, wspólnie z reprezentantem Danii Jacobem Laursenem działam w biznesie. Utrzymuję kontakt z Lotharem Matthaeusem czy Andreasem Herzogiem. A przy okazji pobytu w Wiedniu piję kawę w przesympatycznym gronie Serbów (co za naród – wszyscy się wspierają, a Polak Polakowi by oko wydłubał z pięć centów), w tym z Vladimirem Jugoviciem. Tym samym, który grał w Sampdorii, Juventusie, Lazio, Atletico Madryt czy Interze i który zdobywał najcenniejsze europejskie puchary. Chyba trochę więcej osiągnął w futbolu niż Bąk, jak sądzicie? Ale zapewniam, że nie opowiada o tym przy każdej okazji.
Często też ktoś dzwoni, żebym polecił polskiego piłkarza do zagranicznego klubu. Kilku chłopaków w ten sposób trafiło na Zachód, nawet nie wiedząc o moim udziale. Nie piszę tego, żeby sięchwalić, tylko pokazać, że są też normalni ludzie, dla których najważniejsze jest to, co ma się w głowie plus obiektywizm, szczerość, rzetelność.
Jacek Bąk stwierdził, że nie przyszedł do studia, bo nie chciał z kimś takim jak ja dyskutować. Widocznie jest tchórzem albo ma jakieś kompleksy. Gdyby był mężczyzną, gdyby miał jaja, to właśnie by przyszedł i przekazał swoje racje, po prostu zamknąłby mi gębę. Tak nie zrobił, bo zabrakło mu odwagi, albo argumentów. Teraz wylewa swoje żale na łamach sportowego pisma.
Powiedział też, że „gra w polskiej lidze to porażka”. Powinien zachować więcej pokory – przecież niedawno za sprawą Lecha Poznań wyleciał z europejskich pucharów. Obraził też wielu chłopaków, którzy się bardzo starają, a dla których polska liga to szczyt możliwości. I z całym szacunkiem dla jego osiągnięć piłkarskich, tą wypowiedzią obnażył swoje poczucie wielkości i stosunek do zwykłych ludzi, tych „bez osiągnięć”. Szkoda, że nie dodał, iż oceniać i krytykować mogą go tylko osoby z odpowiednim stanem konta. Może to dla niego też jest wykładnia bycia kimś?
PS. Mam wielu kolegów, także anonimowych, ale wiedzę o piłce mają imponującą i rozmowa z nimi to czysta przyjemność. Dużo mi takie rozmowy dają.
87 komentarzy - dodaj komentarz
Na łódce w... Kazaniu
Tagi: Marcin, Adamski, blog, ŁKS, Rubin, Kazań
(05 listopada 2008 23:45)
O meczach ligowych nie będę dużo pisał, bo... nie ma o czym. W dwóch ostatnich meczach wywalczyliśmy jeden punkt. I co z tego, że po niezłej grze? Co z tego, że na Górniku nie powinniśmy przegrać, a ze Śląskiem była szansa wygrać? Liczy się efekt, a ten jest taki sobie. Ale kibiców ŁKS zapewniam, że nie składamy broni.
Dzisiaj chciałem napisać o czymś, czego... pewnie się nie spodziewacie. Kilka dni temu mistrzem Rosji został Rubin Kazań, czego nie spodziewał się żaden z ekspertów. Mnie natomiast to nie zaskoczyło. Przeciwnie – wiedziałem, że sen właścicieli tego klubu kiedyś się spełni.
Otóż kilka lat temu mój Rapid Wiedeń zmierzył się z Rubinem w Pucharze UEFA. Po losowaniu nikt szczęśliwy nie był – trafiliśmy na dobry klub pod względem sportowym, ale beznadziejny marketingowo. Odpaść więc było łatwo, zarobić – praktycznie niemożliwe. Pamiętam, że w szatni ktoś powiesił kartkę z kadrą Rubina. Widniały tam nazwiska 30 chłopów, w tym ani jednego juniora, za to chyba aż 15 reprezentantów różnych krajów. Byli kadrowicze Rosji, Ghany, Czech, Urugwaju, do tego Brazylijczycy i Argentyńczycy.
Pierwszy mecz – wtopa. Przegraliśmy 0:2, ja byłem świeżo po kontuzji i wszedłem na boisko, jak już było pozamiatane, w 85 minucie. Nie ma się co czarować, przed rewanżem mało kto wierzył w awans. Ja miałem jednak silną motywację – musiałem wrócić do pierwszego składu i się w nim utrzymać, nie zważając na silną konkurencję (w klubie było czterech stoperów, w tym dwóch reprezentantów Austrii).
Przylecieliśmy do Kazania i... udaliśmy się na łódkę. Tak, tak – zakwaterowaliśmy się w hotelu, który tak naprawdę był po prostu łajbą pływającą po rzece. Wszystko ze względu na wielką przestępczość w Kazaniu oraz fakt, że kucharzem na tej łódce był Austriak, mieszkający na stałe w Kazaniu u boku pięknej Rosjanki. Nie dziwię się, że tam dla niej został. Kilku kolegów z Rapidu, po zobaczeniu jej, chętnie by się z tym kucharzem zamieniło:)
Noc mijała tak sobie. Kajuty ciasne, do tego ciągły warkot silnika i bujanie. Ja akurat to bujanie jeszcze w miarę nieźle znosiłem, bo pochodzę ze Świnoujścia, ale niektórzy mieli problem. W końcu zapadła decyzja, że – za zgodą trenera – posiedzimy w barku. Mecz był następnego dnia dopiero o 20, więc nie było ryzyka, że ktoś się nie wyśpi. Przypominam to sobie z uśmiechem. Noc, gdzieś na końcu świata, w stolicy Tatarstanu. I mała łódka na rzecze, na niej my. Pewnie nie tak wyobrażaliście sobie przygotowania drużyny piłkarskiej.
Dzień później rano rozruch, obiad, drzemka, wreszcie o 17.30 odprawa i... na nich. Stadion komunistyczny, ale w środku, w budynku klubowym widok robił wrażenie. Na ścianach i podłogach marmury, wszystko świeże, nowiutkie, po generalnym remoncie. Już wtedy pomyślałem, że przy takich inwestycjach ten klub musi kiedyś zagrać w Lidze Mistrzów. Bo już wtedy zaczął do tego przygotowania.
Potem mecz. I wiecie co? Puknęliśmy ich 3:0! To był jeden z najlepszych meczów Rapidu, w jakich grałem. W ataku byliśmy bezlitośni, a w obronie bezbłędni. Zresztą, do Rosjan mieliśmy szczęście, bo rok później w walce o Ligę Mistrzów wyeliminowaliśmy Lokomotiw.
Wesoło było na lotnisku. Opóźnił się nasz samolot, więc natknęliśmy się na naszych kibiców. Ci dzień wcześniej próbowali poznać uroki nocnego życia w Kazaniu, więc... wyglądali jak siedem nieszczęść. Niektórzy ledwo żywi, niektórzy obandażowani. Ale zabawa była przednia. Nawet menedżer klubu zachęcał nas, żebyśmy – w ramach okazywania szacunku kibicom, którzy przemierzyli dla nas taki kawał – razem z nimi świętowali awans.
Przypomniała mi się ta historia teraz, kiedy Rubin triumfował w lidze. Widzę, że polityka transferowa tego klubu nie uległa zmianie. Wciąż prym wiodą gracze grubo po trzydziestce, z tym, że teraz jeszcze bardziej klasowi – Rebrow, Siemak, Milosevic, Popow...
20 komentarzy - dodaj komentarz
Skąd antypatia do rodziny Brożków?
Tagi: Marcin, Adamski, blog, ŁKS, Beenhakker
(20 października 2008 13:10)
Na początku z nieukrywaną satysfakcją odwołam się do jednego z moich poprzednich wpisów – twierdziłem, że reprezentację Polski powinno się budować wokół Pawła Brożka (Jak nie czytaliście – kliknijcie tutaj). I co? Potwierdziło się. Dwa mecze, gol i asysta plus bardzo dobra gra. Leo Beenhakker nie widział tego chłopaka w swoim zespole przez długi czas, a może nawet nie widzi dalej. Świadczy o tym jego zachowanie przy zmianie. Jak można nie podać ręki zawodnikowi schodzącemu z murawy? Nawet jak się kogoś nie lubi, a ten ktoś wykonał dobrą robotę, należy się szacunek. O tym selekcjoner najwyraźniej zapomniał.
Jak sądzicie – stuprocentowe buractwo czy osobiste porachunki? Bo to, że Beenhakker nie darzy sympatią napastnika Wisły nie podlega wątpliwości. Ale dlaczego? Dlatego, że to dziennikarze i kibice domagali się powołania dla niego? A może nie podoba się trenerowi z twarzy? Albo słowo „brozek” znaczy coś dziwnego po holendersku? W dodatku Beenhakker nie lubi nie tylko Pawła, ale także Piotrek, najlepszy lewy obrońca, nie ma szans u niego. Niedawno na pytanie, dlaczego go pomija, zareagował tekstem: „Następny Brożek? Nie wystarczy wam, że powołałem Pawła? Może mam powołać całą rodzinę?”
Otóż tak – jeśli prezentują odpowiednią formę, to należy powołać całą rodzinę. W Holandii przez lata grali obrońca Frank de Boer i jego brat, napastnik Ronald. Jakoś to funkcjonowało. Dlaczego nie może być tak u nas? Mam wrażenie, że główny powód jest taki – Leo Beenhakker nienawidzi, jak ktoś ma własne zdanie. Najlepiej gdyby wszyscy piłkarze siedzieli cicho wpatrzeni w swojego bossa, a potem na jego żądanie skakali na główkę do basenu, z którego wypompowano wodę.
Muszę wrócić jeszcze do osoby Artura Wichniarka, bo to on powinien partnerować Pawłowi Brożkowi. Niektórzy mówią, że już dostawał szanse w kadrze, a ja się pytam – kiedy to było? Chyba za Bońka. Ale i wtedy nie budowano zespołu wokół niego. Zresztą, to jest dla mnie w tej chwili nieważne. Liczy się, że teraz Wichniarek to zupełnie inny napastnik niż kiedyś – wiek w jego przypadku jest atutem, bo jest coraz lepszy. Wie, jak się ustawić, żeby dostać piłkę czy jak się zastawić, żeby jej nie stracić. A co najważniejsze – potrafi strzelać gole. Jestem co do tego przekonany, bo regularnie oglądam mecze Bundesligi.
Konkludując, trener nie może obrażać się na zawodników, a już na pewno nie w takim kraju jak Polska, gdzie piłkarzy na odpowiednim poziomie jest niewielu. To nie Brazylia, gdzie zamiast Kaki może zagrać Ronaldinho, a zamiast Ronaldo – Adriano. Beenhakker powinien więc wyjaśnić sobie wszystko z Brożkiem oraz przeprosić z Wichniarkiem. Wtedy byłby kimś. I pewnie zyskałby wiele w naszym naiwnym i łatwowiernym narodzie. Ale czy stać go na to? Wątpię. Myślę, że przy najbliższej okazji na niewygodne pytanie odpowie... pytaniem, na sugestię zareaguje butą i złością, potem zacznie wszystkich pouczać, obrazi się i wyjdzie...
PS. Cieszy punkt wywalczony z Legią. Przerwaliśmy złą passę, a poza tym ten punkt pozwoli uwierzyć niektórym chłopakom we własne możliwości, co przełoży się na następne mecze. Szacunek dla Zdzisława Leszczyńskiego - ma 39 lat, a mógłby być przykładem dla młodych piłkarzy. Imponuje nie tylko mądrością w grze, ale i zaangażowaniem. Cieszę się też, że do gry po kontuzji wrócił Paweł Drumlak, bez którego nasza gra ofensywna zupełnie się nie układa. W normalnym kraju ten zawodnik byłby gwiazdą ligi, u nas z różnych przyczyn ta kariera nie potoczyła mu się tak, jakby chciał. Ale wkrótce napiszę o nim osobny tekst, bo na to zasługuje...
36 komentarzy - dodaj komentarz
Ekspert Maciej Szczęsny...
Tagi: Marcin, Adamski, blog, ŁKS, Łódź
(08 października 2008 22:33)
Nie jest łatwo cokolwiek napisać, gdy się przegrywa mecz za meczem. Trzy porażki z rzędu w lidze, dziewięć straconych bramek – nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Żartobliwie można napisać, że nie ma to jak pierwszy raz, ale... nie mam ochoty na żarty.
Po meczu z Piastem Gliwice, gdzie naprawdę sztuką było przegrać, udzieliłem wywiadu TVP. Po kilku godzinach włączam telewizję i słyszę swoją wypowiedź – dwa wyrwane z kontekstu zdania. Pierwsze – że przegraliśmy po frajersku. I drugie – że niektórzy nie dorośli, do gry w pierwszej lidze. Po tych słowach do akcji wkroczył jeden z ekspertów, były bramkarz Maciej Szczęsny (nota bene szanowany przeze mnie za osiągnięcia sportowe, ale też za to, że potrafi brutalną prawdę powiedzieć w oczy i często trafia w sedno). Ów ekspert robi mi jazdę – najpierw wysnuwa idiotyczny wniosek, że miałem na myśli Kamila Bartosiewicz (tymczasem podkreślałem, że to fenomenalna sprawa, jeśli przychodzi do nas chłopak z Młodej Ekstraklasy i w 20 minut robi więcej akcji niż reszta drużyny przez trzy mecze), a potem dodaje, że na grę w lidze to nie dorosłem chyba ja.
Rozumiem krytykę, ale gdzie uzasadnienie? Albo zapytam inaczej – po co to silenie się na oryginalność, nawet gdy ociera się to o absurd? Pan Szczęsny sam sobie stworzył moją wypowiedź (bo raz jeszcze podkreślę – brawa dla Bartosiewicza), a potem ją skomentował i jeszcze wyciągnął wnioski. Tylko pozazdrościć inwencji!
Jaki był prawdziwy sens moich słów i po co je wypowiadałem? Ponieważ chcę też wpłynąć na niektórych zawodników, uświadomić im, że to nie przelewki i sprawić, by zdali sobie sprawę z powagi sytuacji. Walka o utrzymanie nie toczy się tylko wiosną. Jesienią też trzeba zdobywać punkty. I chciałbym, żeby niektórzy piłkarze, skoro mają zaszczyt grać w klubie o stuletniej tradycji, skupili się na tym bardziej niż na graniu na Playstation.
Wypowiedziałem te słowa nie w przypływie szczęścia, ale w momencie, gdy byłem naprawdę zdenerwowany. Bo od takich zawodników jak ja wymaga się więcej, ale skoro ode mnie się wymaga, to ja też będę wymagał od innych. Rok temu wygraliśmy walkę o utrzymanie, teraz nie chciałbym to zmarnować.
Mam prawo się wkurzyć na kumpli z drużyny, bo wkurzam się też na siebie, gdy coś schrzanię. Pierwszy przyznaję się do winy i pewnie jeszcze nie raz w tym sezonie będę miał ku temu okazję – wiadomo, że nikt nie jest nieomylny, a zwłaszcza obrońcy, których błędy widać doskonale. Na razie udaje mi się unikać wpadek, ale co z tego, skoro przegrywamy?
Dlatego też Maciej Szczęsny pewnie będzie miał okazję mnie słusznie skrytykować – niech wtedy to zrobi. Merytorycznie, rzeczowo, obiektywnie. Bo chyba nie o to mu chodzi, by sobie jeździć po wybrańcach? Dlatego apeluję – panie ekspercie, proszę się nie rozmieniać na drobne.
PS. Ten wpis pojawiłby się wcześniej, ale w tym tygodniu graliśmy też Puchar Ekstraklasy i chciałem się skoncentrować na meczu. Sorry za opóźnienie!
43 komentarze - dodaj komentarz
- 18 września 2008 / Bufon i... Buffon (35)
- 07 września 2008 / O piłce i... rapie (18)
- 25 sierpnia 2008 / Beenhakker przyznaje się do błędów (34)
- 11 sierpnia 2008 / To nie Młoda Ekstraklasa! (14)
- 06 sierpnia 2008 / Trzeba wierzyć! (19)


Ukrywa się za nickiem, ale nie ukrywa poglądów. Ważne co pisze, a nie kim jest.
Srebrny medalista olimpijski, 39-krotny reprezentant Polski, największy skandalista w polskim futbolu. Wali prawdę między oczy.
Najlepszy bramkarz w historii polskiej piłki, dziś bezkompromisowy felietonista
Najzdolniejszy polski trener, zdobywca mistrzostwa Polski z Zagłębiem Lubin i Pucharu Polski z Lechem Poznań.
Bramkarz, 13-krotny reprezentant Polski, znany z ciętego języka i twardego charakteru
Były zawodnik Flamengo, Bastii i Legii, wieczna dusza towarzystwa. Dziś prężny menedżer.
Zamieszczamy wpisy naszych czytelników. Umiesz dobrze pisać? Dołącz do nich!
Były reprezentant Polski, mistrz Austrii i uczestnik Ligi Mistrzów. Obecnie zawodnik ŁKS Łódź. Twardziel.
17-krotny reprezentant Polski, napastnik Wisły Kraków, wcześniej występujący w lidze holenderskiej
Menedżer uważany za najskuteczniejszego na polskim rynku. Poznaj inny punkt widzenia.
Twardziel z Tychów, obecnie podpora Lechii Gdańsk. Charakterny, ambitny i szczery.
Król strzelców sezonu 2006/2007, zdobywca ponad stu goli w polskiej ekstraklasie, były piłkarz Herthy i żywa legenda Lecha