Marcin Adamski

Marcin Adamski


Były reprezentant Polski, mistrz Austrii i uczestnik Ligi Mistrzów. Obecnie zawodnik ŁKS Łódź. Twardziel.

Inter ponad wszystkimi
Tagi: , , , ,
(24 maja 2010 11:49)
W sobotę Inter Mediolan zasłużenie wygrał Ligę Mistrzów. Jest więc najlepszą drużyną na świecie i ma najlepszego na świecie trenera. Takie są fakty, a z faktami się nie dyskutuje. Faktów nie nazywa się „przypadkiem”. Ktoś powie, że Inter wygrał, bo miał w składzie Milito. Oczywiście, ale kto zabraniał Guardioli czy Van Gaalowi kupić właśnie tego piłkarza? Tego, który długo pozostawał w cieniu innych, grając w Saragossie czy Genui. Dopiero Mourinho dostrzegł w nim to, czego nie widzieli inni, mimo zdobywanych goli w każdym sezonie. Ktoś inny powie, że Bayern przegrał, bo miał słabych środkowych obrońców, albo że Demichelis grał tam z konieczności, bo to nominalny defensywny pomocnik. To ja powiem, że to bzdura. Van Gaal chciał widział właśnie tych dwóch piłkarzy w roli środkowych obrońców i tyle. Przecież gdyby potrzebował innych, to by ich sobie kupił. Albo nie puszczałby bez żalu Lucio do Interu. A chyba nie ulega wątpliwości, że dzisiejsi obrońcy Bayernu to nie ta sama liga, co Brazylijczyk… To widział Mourinho, wziął takiego piłkarza w ciemno. I to różni Mourinho od Van Gaala. Van Gaal jest prawie tak samo dobrym trenerem, ale jak wiemy – prawie robi różnicę.

Podobno Inter gra brzydką piłkę, albo gra defensywnie. No i co z tego? W piłce od zawsze liczy się tylko zwycięstwo. Poza tym piękno to pojęcie względne. Dla mnie Inter grał właśnie pięknie. Wyrachowana defensywa z zabójczymi kontrami, gdzie dwóch piłkarzy – Milito i Sneijder – robią co chcą z całą defensywą przeciwników. Właśnie taką grę ja lubię oglądać, więc proszę nie wmawiać mi, co powinno mi się podobać, a co nie. Ktoś inny może preferować inny futbol, ja uwielbiam taki. Zwycięski. Zresztą, Inter potrafi też zagrać ofensywnie, kiedy musi – jak w półfinale z Barceloną (3:1). Ta drużyna po prostu gra tak, jak w danym momencie powinna, tak jak zarządzi Mourinho.

Portugalczyk to świetny trener, który zbudował wspaniały zespół, oparty na kilku piłkarzach, którzy na swoich pozycjach są najlepsi na świecie. Ma najlepszego bramkarza Julio Cesara, najlepszego prawego obrońcę Maicona. Jest też Sneijder, kluczowy w poczynaniach ofensywnych zespołu. Przed finałem wielu dziennikarzy porównywało go do Robbena, mimo że grają na innych pozycjach (Sneijder to typowa dziesiątka, Robben jest prawoskrzydłowym), mają różne zadania i inny styl – czyli bezsensowna dyskusja. A co mnie najbardziej irytowało, to pianie z zachwytu nad umiejętnościami Robbena. OK, to dobry piłkarz, bardzo dobry, ale nie ulega wątpliwości, że dla zespołu bardziej przydatny jest Sneijder, robiący dokładnie to, czego oczekuje trener. Piłkarz z chłodną głową, nie strojących fochów, kiedy trener zmienia go w 70. minucie (jak nie tak dawno Robben). Śmieszną mnie rozważania, co by było, gdyby Muller wyrównał. A co by było, gdyby Sneijder po podaniu Milito podwyższył na 2:0? Albo błędy sędziowskie – słyszę, że Maicon zagrał ręką w polu karnym, ale kto to widział w czasie meczu? Jak niby miał to dostrzec Howard Webb? Poza tym gdyby nie błędy sędziów, to Bayernu nie byłoby w finale (gol z Fiorentiną).

Inter ma też Zanettiego, niezniszczalnego Argentyńczyka, uniwersalnego, który mimo 37 lat nadal imponuje dynamiką w grze. Rozgrywa siedemsetny mecz w Interze – finał Ligi Mistrzów. Czy jest coś piękniejszego? Nikt nie wylicza mu wiosen, piłkarz jest darzony szacunkiem, na jaki zasłużył. Do tego Cambiasso, najlepszy defensywny pomocnik świata, którego Maradona nie zabrał na mistrzostwa do RPA (zresztą tak jak Zanettiego). Jest też Eto’o, który nigdy w życiu nie miał tylu zadań defensywnych.

Ci wszyscy piłkarze na każdym kroku podkreślają wielkie zasługi Jose Mourinho. Wiedzą, że bez niego nie osiągnęliby największego sukcesu w życiu. Nie opowiadają o swoich golach, tylko o pracy szkoleniowca. To świadczy o chemii w zespole. Widzieliście, co zrobił Materazzi po bramce na 2:0? Podbiegł i uniósł Mourinho. On, Marco Materazzi, przeambitny piłkarz, na pewno niezadowolony z miejsca na ławce rezerwowych, ikona Interu, docenił to, czego dokonał trener. A Ballotelli, z którym Mourinho miał ciągłe problemy? Pierwszy doskoczył do Portugalczyka i mocno wycałował.

Co warte podkreślenia – Mourinho nie wydał w Mediolanie fortuny. Mało tego – w sezonie 2009/2010 Inter zarobił na transferach 19 milionów euro! Kupował za 51 milionów, ale sprzedawał za 70! I jak to porównać z wydatkami Realu, Manchesteru City czy Liverpoolu, klubów, które nie wzbogaciły się o żadne trofeum? Do Mediolanu przyszedł Eto’o w ramach wymiany za Ibrahomivicia (plus 50 milionów euro), niechciany w Barcelonie Motta i niechciany w Bayernie Lucio. Kupiono też niechcianego w Realu Sneijdera, na zasadzie wolnego transferu pozyskano Pandewa, sprowadzono też wielkiego bohatera – Diego Milito. Transfery niby bez szału, ale jakie skuteczne! W zasadzie za wyjątkiem Quaresmy, nie przypominam sobie niewypałów (takich jak chociażby Chygrynskiy w Barcelonie kupiony za 20 milionów euro – może chłopak ma potencjał, ale w tym sezonie nie pomógł).

Nie ukrywam satysfakcji – przed rozgrywkami stwierdziłem, że Inter wygra Ligę Mistrzów. Powiedziałem tak dlatego, że jestem fanem tego zespołu i tego trenera, ale też dlatego, że widziałem progres w grze tej drużyny. Inter w tej edycji Champions League pokonał Bayern, Barcelonę i Chelsea. To mówi samo za siebie. Moja mała rada – wszyscy oponenci Interu: lód na głowę, szanować i podziwiać.

PS Wiele osób pyta, co dalej ze mną. Rundę wiosenną z powodu kontuzji kolana i przebytej artroskopii musiałem spisać na straty. Zostaję jednak w ŁKS – dobrze się tu czuję i chcę uczestniczyć w budowie nowego klubu. A fakt, że mimo braku wyników zespołu i ogólnie nie najlepszej postawy spotykam się z oznakami sympatii ze strony kibiców, jeszcze bardziej mnie motywuje i zobowiązuje.


103 komentarze - dodaj komentarz

ŁKS kontra Gazeta Wyborcza
Tagi: , , , , , ,
(22 stycznia 2010 00:12)
Niech ktoś mi wytłumaczy – o co chodzi dziennikarzom „Gazety Wyborczej”? Czy łódzki oddział istnieje tylko po to, by w sposób zupełnie nieracjonalny, po prostu bezsensowny atakować ŁKS? Dzień w dzień biorę do ręki gazetę i oczom nie wierzę. Mam wrażenie, że ci wszyscy pismacy – Bińczyk, Derdzikowski, czy jakiś inny anonim mają prywatną misję – obrzydzić nasz klub tak bardzo, jak to tylko możliwe. Robią to w taki sposób, że po prostu nie mogą dłużej milczeć. Nie należę do ludzi, którzy przejmują się artykułami, ale wszystko ma jakąś granicę.

W ostatnich dniach przeczytałem, że piłkarze strzelają sobie samobója, że powinni w komplecie opuścić klub, bo działają na jego niekorzyść, że przerwanie zgrupowania to sabotaż, że nie można na nich polegać. Wcześniej – co mnie boli do dziś – opublikowano ranking 10 rzeczy, które psują reputację łódzkiego sportu. Na siódmym miejscu „podział premii w zespole ŁKS”. My, piłkarze ŁKS, którzy właśnie na reputację łódzkiego sportu pracowaliśmy przez cały rok, nagle – wedle „Gazety Wyborczej” – okryliśmy to miasto hańbą. Przepraszam bardzo, ale nie czuję, żebym zhańbił Łódź. Naprawdę – nie czuję! Do tego artykuł, że Klepczarek opuścił drużynę, bo niszczyli go Adamski i Hajto oraz wcześniejsze bzdury o mobbingu w kwestii Ostalczyka. Przez kilka dobrych miesięcy łódzki oddział GW nie zdobył się na jedno ciepłe słowo o naszym zespole. Jesteśmy za to pod ciągłym ostrzałem.

Bińczyk pisze, że na piłkarzach nie można polegać. Kpi? Jaja sobie robi? Od lipca to właśnie piłkarze i trenerzy walczą o to, by ŁKS istniał. Nikt inny. To my, piłkarze, łatamy tu jedną dziurę za drugą i tylko dzięki nam klub funkcjonuje i ma szanse na awans do ekstraklasy. To my gramy za darmo, to my lobbujemy, to my spotykamy się z ludźmi, ślemy pisma, angażujemy prawników, to my doprowadziliśmy do zmian własnościowych i to dzięki nam dziś ŁKS staje na nogi. To my kleciliśmy ten zespół, ściągając odpowiednich piłkarzy bez wydawania choćby złotówki. Dawno mogło już nas tu wszystkich nie być, ale jesteśmy, bo uparliśmy się, że nikt przy zielonym stoliku nie zniszczy tego, o co walczyliśmy. Gdyby los ŁKS był zależny od artykułów Bińczyka czy Derdzikowskiego, to już by było po nim. Ale ten klub trzymają przy życiu zawodnicy. Jako kapitan drużyny, jestem DUMNY z moich kolegów. Jestem DUMNY z tego zespołu. Rozumiecie to, dziennikarze? Rozumiecie słowo DUMA? W ekstraklasie zajęliśmy siódme miejsce, a mimo to zostaliśmy zdegradowani, nie przyznano nam nawet dwóch milionów złotych należnych właśnie za siódmą lokatę. Na skutek nieotrzymania licencji pojawiły się ogromne problemy, które jednak dzięki silnemu charakterowi wielu chłopaków przezwyciężyliśmy.

Nie wiem, w jakim innym klubie piłkarze zdobyliby się na coś takiego – by grać bez pieniędzy, ale za to na maksa i ostatecznie zająć dobre trzecie miejsce po rundzie jesiennej. A przy tym zająć się jeszcze tysiącami innych spraw związanymi z funkcjonowaniem klubu. Nie oczekujemy w zamian pomników, nie oczekujemy hołdów, oczekujemy SZACUNKU i PRAWDY. Jeśli Bińczyk czy Derdzikowski uważa, że piłkarze powinni w komplecie odejść z ŁKS, to oznacza, że nawołuje do upadku klubu. Tylko czy on to w ogóle rozumie?

Rok 2009 był bardzo trudny dla kibiców ŁKS, ale jakoś wszyscy razem przez niego przebrnęliśmy. Nie uważam, bym w tym czasie zrobił coś, czego miałbym się wstydzić. Wręcz przeciwnie – otrzymuję tyle oznak sympatii, co nigdy w życiu. Jedziemy na mecz, a tam ludzie z innych miast mówią: „Szacunek dla was, za to robicie dla klubu”. W tym tygodniu, jak wiadomo, przerwaliśmy zgrupowanie w Zakopanem. Wracając, zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Właściciel tej stacji, gdy zobaczył nas – piłkarzy ŁKS – powiedział: „Panowie, nie musicie płacić, podziwiam, to co robicie”. Dlaczego dziennikarz musi być tak oderwany od rzeczywistości? Kibice zorganizowali nam jesienią mecz, z którego dochód przeznaczony był właśnie dla nas – piłkarzy. To był dowód wdzięczności. Byłem wzruszony, to jedna z najpiękniejszych chwil w karierze. Czy wtedy dziennikarze GW przeszli po trybunach i spytali ludzi: - Czy nie uważacie, że piłkarze hańbią ten klub i powinni odejść? Nie uważacie, że to sabotażyści? Że nie można na nich polegać?

Teraz przytoczę kilka faktów. Rzeczywiście, przerwaliśmy na chwilę zgrupowanie w Zakopanem, ponieważ nie wywiązano się z terminów. I dziś wreszcie zaczęła się renegocjacja kontraktów i wszystko jest na dobrej drodze, żeby wszyscy zawodnicy przeszli do nowej spółki. Niestety, ale działamy w takiej rzeczywistości, że jeśli nie uderzy się pięścią w stół, to można czekać i czekać. Co ciekawe, do klubu zadzwonił w czwartek człowiek, który powiedział, że pokryje z własnej kieszeni koszt autokaru do Zakopanego, bo jest dumny z piłkarzy. DUMNY.

Sprawa podziału pieniędzy, czyli coś, co rujnuje reputację sportu w Łodzi. Otóż pieniądze, drobne, bardzo drobne w porównaniu z zaległościami, podzielone były wedle czytelnego i logicznego klucza. Proporcjonalnie do liczby minut spędzonych na boisku. Na pewno są piłkarze, którzy siedzą na ławce i chcieliby zarabiać tyle, co podstawowy skład, ale niestety tak nie jest i pewnie nie będzie. Komuna się skończyła, hasło „każdemu po równo” nie obowiązuje. Nikt nikogo nie okradł, nikt nikogo nie oszukał. A dziennikarze GW insynuując coś takiego, sugerując, że ja kogoś okradłem (a po prostu zagrałem wszystkie mecze od 1 do 90 minuty), po prostu hańbią swoją profesję.

Idźmy dalej – Klepczarek, który podobno musiał uciekać przede mną i Tomkiem Hajto, taki był niszczony. Z Klepczarka zrezygnował trener Grzegorz Wesołowski i to on nie widział dalej możliwości współpracy z tym zawodnikiem. Niestety, ale jeśli piłkarz pozjadał wszystkie rozumy, wszystko wie najlepiej, nie akceptuje żadnych wskazówek, nie słucha, to znaczy, że coś jest z nim nie tak. Jeszcze, żeby tak zachowywał się Cristiano Ronaldo – ok. Ale mówimy o zawodniku, który ma 28 lat i przez całą karierę w ekstraklasie zaliczył jakieś marne, nieznaczące epizody. Można uznać – jak GW – że coś jest nie tak ze wszystkimi otaczającymi Klepczarka, a można uznać, że coś nie tak jest z nim.

Podobny był przypadek z Ostalczykiem. Gazeta oskarżyła Tomka Hajtę o mobbing. Wiecie na czym polega mobbing? Na zwracaniu uwagi, by nie przechodzić obok meczu, by zaangażować się w trening, by realizować polecenia szkoleniowca, w skrócie – by być profesjonalistą i dawać z siebie 100 procent. Ostalczyk obrażał się, że zdejmował go trener, przechodził obok gry, nie przemęczał się na treningach. I co robi dziennikarz? Nie, nie słucha piłkarza, który zagrał kilkadziesiąt meczów w reprezentacji Polski, który grał w Lidze Mistrzów, zdobywał wicemistrzostwo Niemiec. Nie. On daje się wypłakać Ostalczykowi i krzyczy: „skandal, mobbing”! A ja się pytam – gdzie jest dziś Ostalczyk? Gdzie gra? Gdzie doszedł z tym swoim super profesjonalnym podejściem? Kogo tak broni w Polsce prasa? Po czyjej stronie się opowiada?

Dla łódzkiej „Gazety Wyborczej” problemem jest to, że „piłkarze rządzą klubem – skandal”, albo że „piłkarze nawołują prezesa do odejścia – skandal”, albo „piłkarze kreują politykę transferową – skandal”. Wszystko jest złe, wszyscy my jesteśmy źli. Tylko dziwnym trafem miejsce w tabeli dobre. I rokowania na rundę wiosenną też dobre. I nasi kibice jacyś zadowoleni, że gramy dalej właśnie w ŁKS, a nie odeszliśmy w komplecie (jak nawołuje Derdzikowski). Napiszcie od razu: NIENAWIDZIMY ŁKS. Przestańcie bawić się w te swoje gierki, przestańcie atakować z ukrycia. Postawmy na szczerość. Ja mówię: nienawidzę łódzkiego oddziału GW. A wy powiedzcie swoje: nienawidzimy ŁKS. Będzie jasność. A kibice i czytelnicy sami zdecydują, kto w tym wszystkim jest chodzącą hańbą i kto powinien zmienić profesję.

252 komentarze - dodaj komentarz

Zwolniony? Szkoda, że tak późno!
Tagi: , , ,
(14 września 2009 23:06)
Beenhakker zwolniony. Wreszcie, dlaczego tak późno?! Ten fakt powinien mieć miejsce po mistrzostwach Europy w Austrii. Przez opieszałość PZPN straciliśmy 14 miesięcy i udział w mistrzostwach świata w RPA.

Wiem, co mówię, bo byłem na Euro 2008, kiedy to Polsat stworzył mi możliwość komentowania tej imprezy. Wierzcie mi – przed mistrzostwami byłem bardzo pozytywnie nastawiony do pracy Leo Beenhakkera. Byłem wręcz wielkim zwolennikiem jego osoby, jak miliony Polaków byłem też pełen nadziei i entuzjazmu, że może być naprawdę super. Ale to, co tam zobaczyłem, otworzyło mi oczy. Obserwowałem treningi różnych drużyn. I proste porównanie – treningi Austriaków i Polaków. Trening Austriaków bardzo żywiołowy, krótkie, niezwykle dynamiczne gierki, przeplatane ćwiczeniami koordynacyjnymi. A na treningu Polaków można było zasnąć.

W ten sposób dysponujący dużo mniejszym potencjałem Austriacy wypadli korzystniej, w meczu z nami do przerwy mogli (powinni!) prowadzić 3:0. Szczęście, że swój dzień miał Artur Boruc. Ostatecznie dostało się wówczas sędziemu, który… podyktował słuszną jedenastkę. Ten karny i interwencje naszego bramkarza zaciemniły prawdziwy obraz – obraz nędzy.

A w tle mieliśmy zachowanie Holendra, które nie miało nic wspólnego z zachowaniem prawdziwego Europejczyka, czyli człowieka otwartego na sugestie, krytykę, kulturalnego nie tylko jak jest dobrze, ale również, jak jest źle. Co zafundował Beenhakker – obrażanie się, fochy, fukanie na wszystkich, kręcenie i oszukiwanie, że wcale nie jest źle, by na końcu całkowicie odsunąć od siebie odpowiedzialność… Nie można było zadać nawet normalnego pytania – dlaczego na turnieju jest Zahorski, Pazdan, Łobodziński, a nie ma Brożka, Jelenia czy Wichniarka. Albo Piszczka, który – jeśli pamiętacie – został dowołany z wczasów i wskoczył do składu. Nie można było pytać, bo zamiast odpowiedzi widzieliśmy tylko grymas na twarzy Beenhakkera.

Błędem – może i największym – była osoba Mike’a Lindemanna, fizjologa. Po treningach z nim piłkarze przyzwali, że nie mają sił. Źle dobierana była taktyka. Tylko samobójca mógł uznać, że Niemców trzeba wysoko zaatakować. Do tego potrzebny jest zespół perfekcyjnie przygotowany fizycznie i zorganizowany, dojrzały. My nie byliśmy perfekcyjni w niczym.

Błędy można popełniać, ale trzeba się do nich przyznać i wyciągnąć wnioski. Beenhakker natomiast wolał zrzucać odpowiedzialność na media lub asystentów – choć przecież każdy wiedział, że ich rola była marginalna. Bardziej skupiał się na trenowanie dziennikarzy. Potem kilku tak wytrenował, że przepraszali, zanim tylko skończyli zadawać pytanie. Część z tych dziennikarzy dziś najbardziej nadaje na Holendra. Powinni siedzieć cicho. Jeśli są poważnymi ludźmi, mogli krytykować Beenhakkera wtedy, kiedy miało to jakiś cel, choć wiązało się czasami z nieprzyjemnymi konsekwencjami. Ja w Polsacie mówiłem swoje zdanie otwarcie. Jak zresztą inni moi koledzy. Co nas wtedy spotkało? Niektórzy krytykowali nas, że jesteśmy jakąś bandą, założoną do zniszczenia selekcjonera. A myśmy po prostu byli szczerzy.

Do tego doszły konflikty Beenhakkera z PZPN. Mogłoby się wydawać, że Holender ma trochę racji, twierdząc, że panowie z centrali nie nadają się do współpracy. Jednak ja się z tym – akurat w tym wypadku – nie zgodzę. Beenhakker powinien spowodować zmianę, zjednać ich, próbować czegoś nauczyć, forsować swoje poglądy w temacie rozwoju piłki w Polsce. Miał stworzone do tego wyśmienite warunki pracy. Doskonałe zarobki i pełną swobodę w działaniu. A za sobą kibiców i piłkarzy. Mógł niemal wszystko. Przecież to człowiek z charyzmą, wielka osobowość, wybrany na „Człowieka Roku” w Polsce (nie „Trenera Roku”, tylko „Człowieka Roku”!). Od takich ludzi oczekuje się więcej. I ja też się więcej spodziewałem. On natomiast zamiast działać, zaczął tylko narzekać. Okazało się, że to w nim jest najwięcej tych niby polskich, najgorszych cech – brak dystansu, poczucie wielkości, w które wbili go zapatrzenia jak w obrazek moi rodacy. Jeśli ktoś powie, że nie Beenhakker nie mógł nic zmienić, niech popatrzy na pracę Guusa Hiddinka w federacji rosyjskiej. Miał jeszcze trudniej. A jednak mu się to udało. Dlaczego? Bo mu się chciało. Rzetelnie wykonywał swoją pracę, pozmieniał niemal wszystko, sportowo doprowadził Rosję do półfinału na ME. I to jest wielki trener. Pamiętacie, jak z Australią wyszedł z grupy na mistrzostwach świata? Nie miał do dyspozycji wielkich piłkarzy, ale miał łeb na karku i dobre chęci. Leo Beenhakker nie dorasta mu nawet do pięt. Dlatego podkreślę – dobrze, ze go nie ma. Szkoda, ze tak późno.

Inna sprawa to sposób zwolnienia – nie tak zwalnia się trenera, nieważne, kto nim jest. I Beenhakker to wykorzystał doskonale. Odwrócił uwagę opinii publicznej od fatalnej porażki w Słowenii, skupił się na sposobie zwolnienia. Zachodnie dzienniki nie wspomniały nawet słowem o fatalnej grze biało-czerwonych, tylko cytowały Holendra: - Odchodzę z tego bałaganu. Tak jakby sam, dobrowolnie odszedł. A moim zdaniem on nigdy przy tych zarobkach nie podałby się do dymisji.

Co teraz? Ja nie widzę w Polsce kandydata na stanowisko selekcjonera. Z całym szacunkiem dla polskich trenerów – jeśli mamy zrobić postęp, zatrudnijmy fachowca z zagranicy. Nie patrzmy, że już jeden cudzoziemiec był. Nie tędy droga. Trener trenerowi nierówny. Uczmy się od najlepszych. Tylko teraz nowego nie wynośmy pod niebiosa, tylko wymagajmy czegoś więcej niż wynik pierwszej reprezentacji. Wymagajmy pełnego zaangażowania w rozwój polskiej piłki. Wspomniałem o Hiddinku. Jego Rosjanie nie puszczą, ale są inni, o których w swoim świetnym wpisie wspomniał Czesiek Michniewicz. Trzeba ich poszukać. I skoro jeden z polskich trenerów sam prosi o selekcjonera obcokrajowca, to znaczy, ze wie co mówi. Chce się uczyć od najlepszych. Brawa za takie podejście.

71 komentarzy - dodaj komentarz

Gra kochana ekstraklasa
Tagi: , , , , , ,
(05 sierpnia 2009 21:39)
Ruszyła nasza wspaniała ekstraklasa. Super! Wszyscy się stęskniliśmy. No i ruszyła w terminie. Słowa uznania zwłaszcza dla pana Rusko – brawo, że dopilnował terminów. Przecież najważniejsze to nie oszukać ludzi. Że niby bez tytularnego sponsora? To nic, grunt, że w terminie. Co za sukces. Że ekstraklasa z Cracovią? Tak, przecież w poprzednim oknie sprowadzono tylu dobrych piłkarzy, właściciel klubu wydał sporo na transfery, wcześniej zatrudnił świetnego trenera, który wszem i wobec ogłaszał po sezonie, że ekstraklasa się im należy. Więc czemu mieliby w niej nie grać, skoro się należy? Bo spadli sportowo? Co z tego – najważniejsze, że budują nowy stadion. Ekstraklasa z Arką i Cracovią równocześnie? Tak, przecież po co grać baraże wpisane w regulamin rozgrywek. Zabrakło ŁKS-u? Nieważne. Zajęliśmy siódme miejsce, ale przecież wielu ekspertów twierdziło, że spadniemy. Ostatecznie mieli rację. Dla nich też brawa! A że liga bez Widzewa, który awansował? Co z tego? Najważniejsze, że w terminie.

To jakieś żarty? Niestety nie. Tak wygląda rzeczywistość, gdy wodę z mózgu probują robić ludziom tacy jak Rusko – człowiek, który pokazał, że z duchem sportu ma niewiele wspólnego. Do pasjonatów rywalizacji zaliczałem do niedawna pracowników stacji sportowej Canal+, głównego sponsora rozgrywek. Chyba się jednak trochę pomyliłem. Minął weekend i ani słowa o procesie przyznawania licencji. Tak jakby nie było żadnych nieprawidłowości, a wszystko przebiegało bez podtekstów i podejrzeń. Panowie, można was szanować za fachowość, obiektywizm czy poczucie humoru, ale pamiętajcie – nie wolno udawać, że nic się nie stało. I tak po prostu, po męsku, trzeba zająć jakieś stanowisko, wypowiedzieć swoje zdanie. Wy, wielcy pasjonaci futbolu, przez chowanie głowy w piasek tracicie na wiarygodności. Czy też przemilczycie werdykt sądu administracyjnego, jeśli przyzna ŁKS-owi rację?

149 komentarzy - dodaj komentarz

Małe dementi
Tagi: , , , ,
(08 lipca 2009 21:49)
Muszę zdecydować się na małe dementi. Ze zdziwieniem przeczytałem dziś swoją wypowiedź w „Przeglądzie Sportowym”. Cytuję: „W Wiśle przebywa także ekipa Ruchu. Śpią w śmierdzącym i ciasnym pensjonacie oddalonym kilka kilometrów od boisk. Nie stać ich nawet na autokar. My takich problemów nie mamy, ale Ruch dostał licencję”.

Zostałem źle zrozumiany. W rzeczywistości na pytanie, w jakich warunkach śpimy, odparłem, że w bardzo dobrych i że mamy przy hotelu znakomite boisko, a z naszej płyty korzysta także Ruch Chorzów. Dodałem, że znam wiele klubów, które śpią w obskurnych hotelach. Ale nie miałem na myśli chorzowian. Nie wiem, gdzie śpią, bo u nich nie byłem.

Dla kogoś to może być szczegół, dla mnie to ważne, by wszystko wyjaśnić – nigdy bym się tak nie wypowiedział o Ruchu, ze względu na szacunek do piłkarzy tego klubu, ludzi nim rządzących oraz kibiców. Kiedy przeczytałem te niby moje słowa, byłem zniesmaczony.

66 komentarzy - dodaj komentarz