Czesław Michniewicz

Czesław Michniewicz


Najzdolniejszy polski trener, zdobywca mistrzostwa Polski z Zagłębiem Lubin i Pucharu Polski z Lechem Poznań.

Letnia bajka Niemców
Tagi: , , ,
(07 lipca 2010 12:13)
Każdy fanatyk futbolu zadaje sobie pytanie: jak to się stało, że w półfinale mistrzostw świata zabrakło takich potęg piłkarskich, jak Argentyna, Brazylia, Anglia, Francja czy broniących tytułu Włochów? Każda z wymienionych drużyn miała swoje problemy: wypalonych i niezmotywowanych piłkarzy, nieodpowiedniego trenera, złe przygotowanie fizyczne i taktyczne, kiepską atmosferę w zespole i wokół niego.

O porażce tych drużyn zadecydowało mnóstwo czynników. Kibice nie chcą jednak słuchać o przyczynach klęski i nie potrzebują tłumaczeń. Zanim samoloty z przegranymi zespołami wylądowały w swoich krajach, wielu trenerów mogło już szukać nowego miejsca zatrudnienia. Taki już urok tego zawodu.

W półfinale znaleźli się Niemcy. Ich bój z Hiszpanią zapowiada się bardzo atrakcyjnie. Hiszpanie jako mistrzowie Europy jeszcze przed turniejem w RPA byli upatrywani w gronie faworytów, lecz po sensacyjnej porażce w pierwszym meczu mundialu ze Szwajcarią wiara ich kibiców w ostateczny triumf jakby nieco opadła.

Kolejne mecze, choć zwycięskie, potwierdzały tylko , że jest to zupełnie inny zespół od tego sprzed dwóch lat. Dominacja w utrzymywaniu się przy piłce nie przekładała się na sytuacje bramkowe, a sukces zapewniały tylko indywidualne popisy Davida Villi. Potencjał sportowy Hiszpanów jest tak duży, że nawet będąc w nieco słabszej formie mogą zdobyć MŚ, ale najpierw muszą uporać się z rozpędzona reprezentacją Niemiec, co – jak się wydaje – będzie najpoważniejszym wyzwaniem dla zespołu Vicente del Bosque na tym mundialu.

Wszyscy zastanawiają się, co złego stało się z reprezentacją Hiszpanii, że już nie zachwyca tak jak dwa lata temu w mistrzostwach Starego Kontynentu? Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Najogólniej można by powiedzieć , że cały zespół poza Davidem Villą jest „pod formą”. Nikt z nas, będąc z dala od tego, co dzieje się w środku drużyny, nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Pozostaną plotki i domysły, które może przykryć tylko sukces w postaci wygrania MŚ.

Fernando Torres był tym, na którego w Hiszpanii liczono najbardziej, a który zawodzi najmocniej. Kontuzje, z jakimi borykał się w trakcie sezonu w Liverpoolu mogą być pewnym wytłumaczeniem jego słabej postawy, ale przykład innego półfinalisty – Miroslawa Klose – pokazuje, że nie grając praktycznie przez cały sezon w klubie, można być w znakomitej formie na MŚ. Każdy organizm jest jednak inny i w specyficzny sposób reaguje na brak regularnych występów . Nie bez znaczenia jest sposób przygotowania motorycznego i duża indywidualizacja treningu dla zawodników „po przejściach”. Wszak tym, który zawodził w trakcie sezonu był także Lukas Podolski. Po zakończonym sezonie Bundesligi jego transfer do FC Koln okrzyknięto totalnym niewypałem, a samego Podolskiego umieszczano w jedenastce „patałachów” niemieckiej pierwszej ligi. Dziś ten sam zawodnik jest bardzo blisko nominacji do jedenastki największych gwiazd MŚ. Samo życie.

Sztab reprezentacji Niemiec opanował do perfekcji przygotowanie motoryczne zespołu, niezależnie od tego, z jakiego pułapu poszczególni zawodnicy startowali w okresie zgrupowania przed mundialem. To efekt współpracy, którą już w 2004 roku zarządził Jurgen Klinsmann pomiędzy sztabem reprezentacji i klubami. Cykliczne monitorowanie i testowanie zawodników według jednakowych kryteriów daje duże prawdopodobieństwo, że dany piłkarz na najważniejszej imprezie będzie w optymalnej dyspozycji fizycznej. Jeśli prawdopodobieństwo dojścia do wysokiej dyspozycji fizycznej w przypadku danego zawodnika byłoby zbyt niskie, takiego gracza po prostu się pomija w selekcji. Aby ten model pracy dobrze funkcjonował, potrzebne są jednak nie tylko sprawdzone testy i metody, ale też duży wybór wśród dobrych piłkarzy. Niemcy ten warunek spełniają.

Zibi Boniek zwykł mawiać , że „zawodnik powinien mieć przyrośnięty żołądek do kręgosłupa”, tj. nie dźwigać zbędnych kilogramów, które rzutują na dyspozycję fizyczną graczy. Niemcy wiedzą, jak sobie z tym radzić i pod względem przygotowania fizycznego od kilkunastu lat nie mają sobie równych w Europie.

Jednak, jak podkreślał Romario, piłka nożna to nie tylko bieganie. Technika, taktyka, przygotowanie mentalne, motoryka to tylko niektóre elementy tworzące fundament pod osiąganie sukcesów. Motoryka jest jednak wśród nich najważniejsza. Dopiero wiedząc, na co stać naszych piłkarzy w tym względzie, możemy mówić o doborze strategii gry.

Patrząc na wiele reprezentacji na tych MŚ, można odnieść wrażenie, że zawodnicy nie są w pełnej formie. Być może zabrakło tu właściwego zdiagnozowania zawodnika i indywidualizacji treningu. To oczywiście gdybanie, ale jeśli to rzeczywiście źródło problemów poszczególnych zespołów, to jest to przy obecnych możliwościach technologicznych zaniedbanie niewyobrażalne i – jak mawia świetny fizjolog prof. Jan Chmura – „porażka sztabu szkoleniowego”. Przy czym warto zaznaczyć, że znacznie szybciej można doprowadzić do optymalnej dyspozycji zawodnika niedotrenowanego niż przetrenowanego.


Niemiecki fenomen


Aby przeanalizować drogę Niemców do półfinału MŚ w RPA, należało by się cofnąć do tragicznych dla naszych zachodnich sąsiadów mistrzostw Europy w Portugali w 2004 r. Niemcy jako wicemistrzowie świata z 2002 roku w Korei i Japonii, znaleźli się poza burtą czempionatu kontynentu już po meczach grupowych, a kompromitująca porażka w ostatnim meczu z Czechami doprowadziła do dymisji Rudiego Vollera. Choć praca z reprezentacją to olbrzymie wyróżnienie i zaszczyt dla każdego trenera, to żaden z uznanych niemieckich trenerów w tamtym czasie nie chciał się podjąć się prowadzenia drużyny narodowej. Odmawiali współpracy z kadrą m.in. opromieniony mistrzostwem z reprezentacja Grecji Otto Rehhagel i odnoszący sukcesy z Bayernem Monachium Ottmar Hitzfeld. W takiej sytuacji niemiecka federacja podjęła ogromne ryzyko i powierzyła rolę bundestrenera „żółtodziobowi”, Juergenowi Klinsmannowi, a dyrektorem reprezentacji mianowano znakomitego piłkarza, ale również niedoświadczonego w tej roli Oliviera Bierhoffa.

Nie liczono na szczęście, tylko od razu zabrano się za systematyczna pracę według jasnego i precyzyjnego planu , który jednak już na początku miał wielu przeciwników. Pierwsze miesiące nie były dla Klinsmanna łatwe. Były niemiecki napastnik na stałe mieszkał w Kalifornii, meczów Bundesligi nie oglądał na żywo, z zawodnikami kontaktował się głównie drogą mailową, a w swoim sztabie zatrudnił specjalistów od motoryki z USA. To nie przysparzało mu sympatii.
Po kolejnych słabszych meczach przytaczano słowa Felixa Magatha: „nie mogą uczyć nas Jankesi, jak się w gra w piłkę”. Klinsmann radykalnie zmienił skład reprezentacji, pozbywając się wielu starszych zawodników i stawiając na młodych, niedoświadczonych piłkarzy, którzy mieli być przyszłością niemieckiej piłki. Czas pokazał słuszność i zarazem odwagę Klinsmanna.
Mertesacker, Lahm , Podolski , Schweinsteiger i Jansen to zawodnicy, na których postawił Klinsmann, a których łączyła młodość (większość debiutowała w zespole narodowym w wieku 18-20 lat) i brak doświadczenia.

Dziś wydaje się, że na wysokim poziomie grają już wieczność, na swoich kontach mają wiele sukcesów, a przed nimi jeszcze co najmniej kilka wielkich imprez. Dziś Lahm ma raptem 26 lat, Mertesacker 25, Schweinsteiger i Podolski również 25. Na jednych z lepszych graczy turnieju wyrośli 20-letni Thomas Mueller i o rok starszy Mesut Ozil. Na swoja szanse musi jeszcze trochę poczekać m.in. rewelacja poprzedniego sezonu 20-letni Toni Kroos, przed którym również wielka przyszłość.

Warto wspomnieć, że gdy Klinsmann wprowadzał tych piłkarzy do drużyny, Podolski występował wtedy tylko w 2. Bundeslidze w FC Koeln, Philip Lahm musiał ogrywać się na wypożyczeniu w VfB Stuttgart nie mieszcząc się w składzie Bayernu, a Per Mertesacker stawiał pierwsze kroki u boku Darka Żurawia w Hannover 96. Te wydarzenia miały miejsce ponad 6 lat temu, a dziś wspomniani zawodnicy tworzą trzon zespołu. Niemcy zaś maja na MŚ w RPA jedną z najmłodszych drużyn, ale równocześnie jedną z najbardziej doświadczonych na wielkich imprezach!

Wielu piłkarzy z kadry Niemiec poza olbrzymim doświadczeniem klubowym może korzystać własnego bezcennego doświadczenia zdobytego podczas MŚ 2006 oraz ME 2008, a także przekazywać je młodszym zawodnikom, co jest bardzo widoczne na obecnej imprezie. Patrząc na dzisiejszy skład reprezentacji Niemiec, z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć , że niemal w komplecie tych samych graczy będziemy ich oglądać w trakcie naszych ME w 2012.

Kontuzjowanego kapitana zespołu, Michaela Ballacka, z powodzeniem zastępują młodsi, a wszystko to dzieje się z korzyścią dla zespołu. Takich perspektyw i płynności w odmładzaniu kadry bez szkody dla jakości gry zazdroszczą Niemcom nie tylko Polacy. Potencjał i doświadczenie reprezentacji Niemiec, każe w niej upatrywać jednego z faworytów do wygrania imprezy w RPA, nawet gdy na drodze do finału stoją Niemcom mistrzowie Europy, Hiszpanie. Wynik jest w dzisiejszym meczu sprawą otwartą. Żaden rezultat w tej konfrontacji nie będzie sensacją.

Jeśli Niemcom ostatecznie nie uda się zdobyć MŚ, co również trzeba wziąć pod uwagę, to dzięki ich wspanialej i widowiskowej grze na długo w pamięci kibiców, nie tylko niemieckich, pozostaną rozmach, swoboda, płynność , tempo rozgrywania akcji i niesamowita skuteczność, które cechowały występy zespołu naszych zachodnich sąsiadów.

Dziś całe Niemcy są dumne ze swojego „mannschaftu”, a największą satysfakcję odczuwają nieco zapomniany Juergen Klinsmann – człowiek, który dokonał przewrotu w myśleniu i funkcjonowaniu niemieckiej piłki nożnej, oraz jego wspaniały kontynuator Joachim Loew. Warto było walczyć o swoje marzenia, żeby niemiecka drużyna grała nie tylko skuteczny, ale i atrakcyjny futbol.

Jeśli w Niemczech nie popełnia grzech zaniechania, jaki przytrafił się Francuzom po zdobyciu mistrzostwa świata i mistrzostwa Europy, to na długie lata będziemy mogli podziwiać wspaniale grającą drużynę i nie zmieni tego jedna nieudana impreza czy pojedynczy mecz, które kiedyś na pewno się temu zespołowi przytrafią.


Sommermarchen


Jednym z moich ulubionych filmów, który podarował mi jeden ze znanych polskich dziennikarzy sportowych, jest nakręcony w trakcie MŚ 2006 film o reprezentacji Niemiec pt. „Sommermarchen”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Letnia bajka”.

Kamera towarzyszy w tym filmie piłkarzom i trenerom na każdym kroku, wspaniale oddając atmosferę, jaka towarzyszyła reprezentacji Niemiec. W tle słychać przebój w wykonaniu jednego z czołowych niemieckich artystów, a główne przesłanie tego utworu jest mniej więcej takie: „czeka nas daleka, trudna i wyboista droga; często pod górę, deszcz i wiatr; ale jesteśmy na tyle silni, żeby dotrzeć szczęśliwie do upragnionego celu”.

Przed czterema laty „Letnia bajka” trwała dla Niemców aż do przegranego meczu półfinałowego z Włochami . Czy tym razem zakończy się ona happy-endem?



28 komentarzy - dodaj komentarz

Palec Boży
Tagi: , , , ,
(14 maja 2010 10:39)
Pisałem nie tak dawno, że Wisła nie sprawia wrażenia drużyny, która chce płynąć po mistrzostwo Polski, tylko takiej, która pragnie tylko w tym kierunku dryfować. Takie spostrzeżenia naszły mnie po spotkaniu z Lechem, zremisowanym 0:0. Wtedy krakowski zespół – mimo że był liderem – uznał, że najważniejsze to nie roztrwonić czteropunktowej przewagi i nie podejmować ryzyka. Jest takie powiedzenie: kto nie myśli o zwycięstwie, myśli o porażce.

Wisła pokazała wtedy swoją mentalną słabość. Pokazała, że nie czuje się mocniejsza od Lecha, że się go boi. Zaczęła kalkulować. A w sporcie nie ma miejsca na kalkulacje. Kiedy zaczynasz wyliczać, gdzie jeszcze możesz bezkarnie stracić punkty, to jest twój koniec. Od tamtej pory „Kolejorz” nieustannie wytwarzał presję i w końcu Wisła tej presji nie wytrzymała.

Jednak sprawa mistrzostwa nie jest jeszcze przesądzona – przed nami ostatnia kolejka. Przypomina mi się, jak prowadzone przeze mnie Zagłębie przegrało ważny mecz z Górnikiem Łęczna. Wiele osób mówiło wtedy, że straciliśmy szansę na mistrzostwo, a profesor Chmura stwierdził: - To palec Boży wskaże, kto ma być mistrzem. I w końcu wskazał na nas. Dziś ten palec Boży wskazuje na Poznań… Ale to dziś. Co będzie w sobotę?

Bez względu na to, jak ten sezon się zakończy, chciałem zwrócić uwagę na jedno – jak wielkie znaczenie ma w Polsce atut własnego boiska. Wisła przez cały sezon nie grała na własnym stadionie i to zdecydowanie odbiło się na wynikach. Małe podsumowanie:
2009/10 – 26 punktów u siebie (może być 29), 35 na wyjeździe
2008/09 – 40 punktów u siebie, 24 punkty na wyjeździe
2007/08 – 43 punkty u siebie, 24 punkty na wyjeździe

Ta drużyna zawsze przy Reymonta była niezwykle groźna. W tym sezonie przegrała u siebie cztery mecze, czyli tyle co łącznie w poprzednich… ośmiu sezonach! Mało tego – ostatni raz tyle meczów u siebie Wisła przegrała w sezonie 1996/97, kiedy zajęła… dwunaste miejsce w lidze!

Zauważmy, że kiedy Lech grał we Wronkach, to też tracił punkty, tak jak Wisła w Sosnowcu czy na Suchych Stawach. Dopiero powrót do Poznania, na własny stadion, natchnął ten zespół, presja wywierana przez kibiców zaczęła popychać piłkarzy we właściwym kierunku. Ta jedna runda więcej grana naprawdę „u siebie” okazała się kluczowa.

Ale pamiętajmy – ten sezon się jeszcze nie skończył. Rok temu w ostatniej jednej zostatnich kolejek, przy stanie 1:0 dla Lechii Gdańsk, Mariusz Pawełek przepuścił piłkę pod butem. Ta poturlała się w stronę bramki i odbiła od słupka. Gdyby wówczas padł gol, krakowianie pewnie już by się nie podnieśli. Ale los chciał inaczej – zamiast bramki był słupek i wszystko się odmieniło. Takie szczegóły często okazują się decydujące w ostatecznym rozrachunku.

PS W środę oglądałem z trybun finał Ligi Europejskiej. Przed stadionem zobaczyłem, w dość znaczniej odległości, piłkarzy w dresach Fulham. Już pomyślałem, że trener Roy Hodgson zastosował trik Dona Revie, który swoich piłkarzy wysadzał z autokaru 150 metrów od stadionu i kazał tę odległość przejść piechotą – żeby lepiej poczuli atmosferę. Podszedłem i okazało się, że to nie jest pierwszy zespół Fulham, tylko juniorzy starsi. Wspaniała sprawa – klub organizuje dla swoich juniorów wyjazd na zagraniczny mecz, żeby zobaczyli, co ich może czekać, do czego powinni dążyć, o czym marzyć. Daje dowód, że jeśli będą mocno pracować, to za kilka lat sami zagrają w takim historycznym meczu. Tak wylewa się fundamenty.

36 komentarzy - dodaj komentarz

Wielka kalkulacja
Tagi: , , , ,
(26 kwietnia 2010 12:19)
Piłkarze Wisły są zadowoleni z remisu z Lechem. Przypomina mi się poprzedni sezon - wtedy na osiem kolejek przed końcem Lech (lider tabeli) zremisował z Wisłą, a po ostatnim gwizdku zadowolony był Franciszek Smuda. Cieszył się, że udało mu się utrzymać trzypunktową przewagę nad rywalem. Jak to się wszystko skończyło - doskonale pamiętamy. Za chwilę były remisy z ŁKS-em czy Ruchem i zamiast Wiśle uciekać, trzeba było ją gonić.

Teraz cieszą się wiślacy. Chcą nie płynąć, tylko dryfować w kierunku mistrzostwa Polski. Wyliczają, czy te cztery punkty wystarczą, by pokryć ewentualne wpadki. A przecież mieli możliwość przesądzenia kwestii mistrzostwa. Oni nie tylko Lecha nie dobili, oni woleli na wszelki wypadek (kontra) o to się nawet nie starać. I to w ostatnich pięciu kolejkach może się zemścić.

W weekend lecę do Anglii na mecz Liverpool - Chelsea. W praktyce ten mecz zdecyduje o mistrzostwie. Jestem przekonany, że jedni i drudzy będą walczyć o zwycięstwo bez oglądania się na tabelę, bez analizowania terminarza i wyników z innych boisk. A trochę mam wrażenie, że w czasie naszego ligowego hitu zawodnicy głównie wyliczali w głowach, co może wydarzyć się w dalszej części sezonu. Kalkulowali.

44 komentarze - dodaj komentarz

Postrzeganie trenerów
Tagi: , ,
(21 marca 2010 11:15)
Wydarzenia poprzedniego tygodnia, a także ta kolejka ligowa pokazują, jak dziwne i niepodparte faktami bywa postrzeganie trenerów. W zasadzie opiera się głównie na utartych kiedyś opiniach. Henryk Kasperczak przeczytał o sobie pewnie ze sto tekstów i w każdym padły słowa „Górnik Zabrze”. A przecież kariera tego szkoleniowca to nie tylko Górnik i nie głównie Górnik. Czego mi w polskich mediach brakuje, to wyważenia – to zrobił źle, ale to zrobił dobrze. Wrzucamy wszystkie porażki, ale i wszystkie zwycięstwa na jedną wagę, a potem sprawdzamy, czego było więcej. Nie ma trenera, który notuje same zwycięstwa, tak jak nie ma piłkarza, który rozgrywa tylko dobre mecze.

W innych ligach jest pod tym względem trochę inaczej – czy Benitez ma dobry sezon z Liverpoolem? Nie, fatalny. Ale mimo to właśnie Beniteza chce zatrudnić Real Madryt. Dlaczego? Dlatego, że Liverpoolowi kiepsko idzie w Premiership? Nie, dlatego, że Benitez pokazał w swojej karierze, że jest wybitnym fachowcem. Czy Ramos przechodząc z Sewilli do Tottenhamu stał się gorszym szkoleniowcem? Nagle oduczył się wszystkiego, co potrafił? Nie, był dokładnie taki sam. Czy Aragones zdobywając mistrzostwo z Hiszpanią znał się na fachu lepiej, niż kiedy nie poszło mu w Fenerbahce? Przykładów są dziesiątki. Guus Hiddink przegrał walkę o mistrzostwa świata z krajem, który ma pięć razy mniej mieszkańców niż Moskwa. Ale nadal jest geniuszem w swoim fachu. Jestem dziwnie przekonany, że w Polsce szybko by go sprowadzono na ziemię.

Kasperczak też ma bardzo bogate CV, ale u nas nikt nie chce o tym pamiętać. Hasło na dziś – nie nadaje się. Przyjęło się na przykład, że praca Kasperczaka w Zabrzu to tragedia, a praca Franciszka Smudy w Lechu to wielki sukces. I będzie to powtarzane przez dziesięć lat, bez względu na argumenty. Tymczasem sucha matematyka pokazuje, że Górnik na wiosnę zdobywał średnio 1,30 punktu na mecz, a Lech 1,75. Oczywiście, różnica na korzyść Smudy, ale czy aż taka wielka? Aż taka, żeby tych szkoleniowców za poprzedni sezon oceniać tak skrajnie inaczej? Jeden przecież walczył o utrzymanie, drugi o mistrzostwo. Nie chcę w tym momencie udawać, że dla Kasperczaka spadek z Górnikiem nie był klęską, bo był, ale pragnę trochę stonować nastroje. Gdyby Paweł Strąk w ostatniej sekundzie meczu z Lechem nie wbił samobója, to wiosną Górnik miałby 19 punktów, a Lech 21. Mało tego – gdyby nie ten samobój, to Górnik utrzymałby się w lidze. A teraz cała praca szkoleniowca postrzega jest przez pryzmat jednego, przypadkowego kopnięcia piłki przez Strąka. Napiszę tak – każdy zespół ma określony potencjał. Żaden trener prowadzący Legię, Wisłę czy Lecha nie spadnie z ligi, ale każdy z tych trenerów może spaść, jeśli obejmie Piasta, Odrę czy właśnie Górnika z poprzedniego sezonu. Czasami zdecydują niuanse, szczęście, jedno kopnięcie, jeden strzał w słupek zamiast obok.

Moda. Wszystkim rządzi moda. Jak trener jest modny – tak jak na przykład Franciszek Smuda (chociaż to nie jego wina, nie jest moim celem atakować go – tę modę kreują media) – to dostrzega się tylko zalety. Tylko. U innych, jeśli taka jest akurat moda – tylko wady. Maciej Skorża jest teraz tym, który sprawił, że Wisła nie ma stylu. Ale przypomnę, że Wisła w całej swojej historii dwanaście razy była mistrzem Polski (a nie czterdzieści sześć), z czego dwa mistrzostwa należą właśnie do niego. Wypada też się zastanowić – czy miał optymalne warunki do pracy? Czy mógł budować drużynę dokładnie tak, jak chciał, czy też odbijał się od ściany?

Ta moda decyduje, dziennikarze tę modę kreują. Niektórzy z nich pytają się mnie ostatnio, czy to dobrze, że nastąpił powrót do doświadczonych szkoleniowców (Białas, Kasperczak), a w odstawkę idą młodsi (Urban, Skorża). Ale skąd w ogóle ten podział na starszych i młodszych? Mówię dziennikarzowi: - Chodził pan kiedyś w szerokich spodniach? Tak. A w wąskich? Tak. Bo moda się zmienia. Ale tak naprawdę, jaka była różnica – chodzi o to, żeby gdzieś dojść, nie zmarznąć i żeby wstydu nie było. W 2007 roku walczyłem o mistrzostwo Polski z Orestem Lenczykiem, czyli młody walczył ze starszym. Wygrał młodszy, mogło być odwrotnie – nieważne. Po kilku miesiącach już byliśmy źli - pracę straciłem i ja, i on.

Oczywiście, to wszystko tyczy się także mnie. Czytałem ostatnio wywiad z Dariuszem Pasieką i dziennikarz zadawał mu takie pytania, jakby Darek (którego pracę szanuję) za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienił Arkę i zmierzał z nią po mistrzostwo. Przed jego przyjściem było fatalnie, teraz jest wspaniale. Kiedy odchodziłem z gdyńskiego klubu – nie ma co ukrywać, w niesławie – to Arka miała 25 punktów po 23 kolejkach. Teraz ma 21 punktów po 21 kolejkach. Musi zdobyć cztery punkty w najbliższych dwóch meczach, żeby w ogóle do tej beznadziei z poprzedniego sezonu dorównać. Czy piszę to, żeby zrobić Darkowi przykrość? Nie. Piszę to po to, żeby dziennikarze przestali powtarzać jeden po drugim zasłyszane opinie.

Moda się oczywiście zmienia. Kiedy odchodziłem z Zagłębia Lubin, krytykował mnie w prasie Maciej Iwański. Wtedy dziennikarze bardzo chętnie cytowali wypowiedzi tego piłkarza. Bili mu brawo. Piłkarz ma zawsze rację? Jestem ciekaw, czy dzisiaj – po blisko trzech latach, po serii następnych wypowiedzi Iwańskiego – ci dziennikarze podpisaliby się pod swoimi dawnymi tekstami? Drugi zarzut dotyczył tego, że Łobodziński wylądował na ławce rezerwowych. Czy to zarzut ciągle aktualny?

Mam prośbę do przedstawicieli mediów – nie zmieniajcie zdania zależnie od tego, jak wiatr powieje. Napisanie artykułu zajmuje pewnie godzinę. Dodajcie jeszcze z pięć minut i po prostu nad wszystkim się spokojnie zastanówcie. Świat nie jest czarno-biały.

2 komentarze - dodaj komentarz

Trawa na Arsenalu
Tagi: , , , ,
(10 marca 2010 18:57)
Postanowiłem wam pokazać małą ciekawostkę - zdjęcie zrobione po meczu Arsenalu z Porto. W zasadzie już noc, a na płycie boiska... maszyny mające pomóc w regeneracji trawy.


Image and video hosting by TinyPic


To tylko dowód, jaka jest w tych największych klubach dbałość o szczegóły. Nie wystarczy kupić najlepszych piłkarzy - trzeba im jeszcze stworzyć odpowiednie warunki do wykonywania pracy. Arsenal, w zgodnej opinii, ma najlepszą murawę w Premiership. Mało tego - nie tak dawno osobę odpowiedzialną za trawę londyńczykom podkupił... Real Madryt.


36 komentarzy - dodaj komentarz